Topics

Nadejście warszawskiej jesieni zwiastuje, oprócz zmian w przyrodzie, pojawienie się na ulicach uczniów i studentów, rozpoczynających naukę po wakacyjnej przerwie. Jeszcze w latach 60. XX wieku łatwo było ich rozpoznać – nosili czapki, charakterystyczne dla każdej szkoły lub uczelni[1]. Fasony i kolorystyka tych nakryć głowy były powszechnie znane i wielu przechodniów w mgnieniu oka zgadywało, gdzie dana młodzież zgłębia wiedzę. 

W Warszawie istniały pracownie krawieckie i wytwórnie czapek, które specjalizowały się w produkcji odzieży dla uczniów i studentów. W latach międzywojennych w dziedzinie czapek prym wiodła firma Antoni Tuczyn, ale dobrą sławą cieszyły się też pracownie Cieszkowski czy Mieszkowski[2], chociaż Stanisław Zieliński wspominał: „Na upartego gimnazjalny «rondel» można było kupić wszędzie, bo roiło się wtedy od różnych «Czapkopolów» i «Uczniopolów»[3]. Do dobrego tonu należało noszenie czapki zniszczonej, świadczącej o szkolnym doświadczeniu. Uczniowie pierwszej klasy lub studenci pierwszego roku wiele wysiłku wkładali w uszkadzanie lub patynowanie nowych czapek, aby dodać im takiego sznytu. Kira Gałczyńska, niegdysiejsza adeptka rusycystyki, tak opisywała swoje starania w połowie lat 50. XX wieku: „Czapka była śnieżnobiała, z błyszczącym daszkiem, «pachnąca» nowością. Przez całą jesień będziemy w domu pracować nad intensywnym jej postarzeniem: najlepiej nadawała się do czyszczenia butów. W listopadzie uchodziłam już za wieloletnią studentkę UW – o tym mówiła moja czapka”[4]. Noszenie czapki często uznawano za nobilitację – wyrażało poczucie przynależności do elitarnej uczniowskiej czy studenckiej wspólnoty[5]. 


 

Read more

Nadejście warszawskiej jesieni zwiastuje, oprócz zmian w przyrodzie, pojawienie się na ulicach uczniów i studentów, rozpoczynających naukę po wakacyjnej przerwie. Jeszcze w latach 60. XX wieku łatwo było ich rozpoznać – nosili czapki, charakterystyczne dla każdej szkoły lub uczelni[1]. Fasony i kolorystyka tych nakryć głowy były powszechnie znane i wielu przechodniów w mgnieniu oka zgadywało, gdzie dana młodzież zgłębia wiedzę. 

W Warszawie istniały pracownie krawieckie i wytwórnie czapek, które specjalizowały się w produkcji odzieży dla uczniów i studentów. W latach międzywojennych w dziedzinie czapek prym wiodła firma Antoni Tuczyn, ale dobrą sławą cieszyły się też pracownie Cieszkowski czy Mieszkowski[2], chociaż Stanisław Zieliński wspominał: „Na upartego gimnazjalny «rondel» można było kupić wszędzie, bo roiło się wtedy od różnych «Czapkopolów» i «Uczniopolów»[3]. Do dobrego tonu należało noszenie czapki zniszczonej, świadczącej o szkolnym doświadczeniu. Uczniowie pierwszej klasy lub studenci pierwszego roku wiele wysiłku wkładali w uszkadzanie lub patynowanie nowych czapek, aby dodać im takiego sznytu. Kira Gałczyńska, niegdysiejsza adeptka rusycystyki, tak opisywała swoje starania w połowie lat 50. XX wieku: „Czapka była śnieżnobiała, z błyszczącym daszkiem, «pachnąca» nowością. Przez całą jesień będziemy w domu pracować nad intensywnym jej postarzeniem: najlepiej nadawała się do czyszczenia butów. W listopadzie uchodziłam już za wieloletnią studentkę UW – o tym mówiła moja czapka”[4]. Noszenie czapki często uznawano za nobilitację – wyrażało poczucie przynależności do elitarnej uczniowskiej czy studenckiej wspólnoty[5]. 

Podobnymi uczuciami darzono szkolne mundurki. Zofia Kossakowska-Szanajca, wspominając z sympatią przypadający na lata 30. XX wieku czas nauki w szkole Jadwigi Kowalczykówny i Jadwigi Jawurkówny, opisywała szczegółowo strój uczennic: „[…] nosiło się jednakowe mundurki – u nas w granatowo-zieloną kratę – plisowane spódniczki i bluzy typu marynarskiego z kołnierzem i jednakowe czarne fartuszki”. Dodawała, że po wielu latach, kupując koc, specjalnie dobierała taki ze szkolnym motywem: szkockiej kratki skomponowanej z pasów granatu i zieleni[6].

Oprócz strojów uczącej się młodzieży na jesiennej warszawskiej ulicy można było podziwiać inne modne kreacje. Z tygodnia na tydzień pojawiało coraz więcej płaszczy, często utrzymanych w jesiennych kolorach – brązach, czerwieniach czy żółciach. Miały zapewnić ciepło oraz ochronić przed wiatrem i deszczem. Szyto je z wełen i tkanin gwarantujących nieprzemakalność. Czasem ubiory dekorowały jesienne motywy: liście, kwitnące chryzantemy, odlatujące ptaki. O modnej ofercie informowały reklamy prasowe, dekoracje sklepowych witryn, potem także pokazy mody anonsujące jesienno-zimowe kolekcje[7]. W latach 70. XX wieku warszawskie elegantki bardzo ceniły sobie płaszcze, szyte przez Zakłady Przemysłu Odzieżowego „Cora”. Ich fabryka mieściła się przy ulicy Terespolskiej na warszawskiej Pradze. Płaszcze Cory trafiały głównie na eksport, tylko mała część produkcji była dostępna w warszawskich sklepach firmowych. W czasach, gdy projektantką Cory była Grażyna Hase, sklep firmowy przy Marszałkowskiej pękał w szwach: szczelnie wypełniały go młode klientki, spragnione modnego jesiennego okrycia[8].

Deszcze, mgły, szybko zapadający zmierzch budziły poczucie jesiennej melancholii. Do zadumy skłaniały także przypadające na pierwsze dni listopada Zaduszki. To wówczas tradycyjnie odwiedzane są nekropolie. Refleksja nad ulotnością czasu i życia manifestowana bywała w Warszawie ubiorem: często ciemnym, uzupełnionym przez skromne kapelusze czy czarne szale[9]. Popularna była zwłaszcza czerń – kolor kiedyś kojarzony z żałobą, który stał się synonimem elegancji, skromności, umiaru, ponadczasowości. 

Tekst: Agnieszka Dąbrowska

[1] Por. fotografia Jacka Sielskiego, przedstawiająca studentów Uniwersytetu Warszawskiego. „Stolica” 1965, nr 43, s. 1. Dzisiaj zwyczaj noszenia czapek szkolnych i studenckich powraca, wprowadzane są też nowe fasony, np. bejsbolówki.
[2] Por. A. Dąbrowska, Nakrycia głowy w zbiorach Muzeum Warszawy, „Almanach Warszawy”, tom IX, Warszawa 2015, s. 328–329.
[3] S. Zieliński, Kiełbie we łbie, Poznań 2009, s. 147–148.
[4] K. Gałczyńska, Jak się te lata mylą…, Warszawa 1989, s. 55.
[5] Por. m.in. ibidem
[6] Z. Kossakowska-Szanajca, Zapiski dla wnuków, Warszawa 2009, s. 224. 
[7] Np. „Wędrowiec” 1893, nr 36, s. 575; „Tygodnik Ilustrowany” 1929, nr 45, s. 875; „Kurier Warszawski” 1934, 241, s. 1; „Stolica” 1976, nr 43, s. 8–9.
[8] Por. fotografie T. Sikory, „Perspektywy” 1973, nr 14, s. 1, 34 i n. O adresach firmowych „boutique’ów” Cory informowano w reklamach prasowych, np. w „Stolicy” 1973, nr 30, s. 12–13.
[9] J. Waydel-Dmochowska, Dawna Warszawa, Warszawa 1959, s. 359–370; Z. Kossakowska-Szanajca, Zapiski dla wnuków, op. cit., s. 210.

Bibliografia:
A. Dąbrowska, Nakrycia głowy w zbiorach Muzeum Warszawy, w: „Almanach Warszawy”, tom IX, Warszawa 2015, s. 317–333.
J.R. Kowalska, M. Nawotka-Możdżyńska, Modna i już!, katalog wystawy, Muzeum Narodowe w Krakowie i Muzeum Narodowe we Wrocławiu, Kraków 2015. 
A. Pelka, Teksas-land. Moda młodzieżowa w PRL, Trio, Warszawa 2007.
A. Sieradzka, Moda w przedwojennej Polsce, Dom Wydawniczy PWN, Warszawa 2013.
J. Waydel-Dmochowska, Dawna Warszawa, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1959.
Prasa:
„Kurier Warszawski”
„Stolica”  
„Tygodnik Ilustrowany”

 

Read less