Read

Download pdf

Wanda Ryś-Straszyńska „Powstanie 1944” Część II

Na ulicy Wawelskiej kazano nam ustawić się piątkami. Mężczyzn ociekających krwią ustawiono osobno, na chodniku – z pośród nas wybierano młode dziewczęta (te zostały zgwałcone i pomordowane). Jeszcze tu kilku żołdaków rabowało, mnie młody szubrawiec odebrał 2 kg cukru kostkowego, sardynki, a na moje błaganie, że mam to dla maleńkiej córeczki, odpowiedział, że on też lubi słodkie rzeczy. U jednej kobiety, która stała tuż przede mną, ten sam żołdak znalazł 2 łuski od kulek rewolwerowych, które sobie nieszczęsna schowała na pamiątkę, tak się tym rozwścieczył, że zaczął ją bić po głowie, karku, aż upadła zemdlona, a wtedy zabił wystrzałem z rewolweru. Kiedy staliśmy na Wawelskiej, dom nasz stał w płomieniach, palił się jak pochodnia. Wiele osób niedołężnych, które nie mogły wyjść z domu, spłonęło żywcem. Bogu dziękowałam, że Olusia, ani Marysi nie było ze mną, nie przeżyłabym tego, gdyby im się coś złego stało na moich oczach. Zaczynało już się ściemniać, kazano nam iść w stronę Okęcia na t.zw. Zielenie[1], był to duży plac, gdzie odbywały się targi jarzynami, otoczony był murem, na ziemi było masę gnoju końskiego. Prowadzili nas własowcy[2], co chwilę napastowali nas i żądali złota, tłumaczyliśmy, że już wszystko nam zabrano. Na Zieleńcu spotkaliśmy siostrę Olusia z synem Daneczkiem, która 3-go sierpnia została zabrana z domu przy ul. Grójeckiej 40 do Domu Akademickiego na placu Narutowicza, gdzie przesiedziała 8 dni głodując. Ucieszyłyśmy się bardzo z tego spotkania, tym bardziej, że Hala w dniu wybuchu powstania była ciężko chora na ostre zapalenie woreczka żółciowego. Jużeśmy ją z Renią opłakały. Na Zieleńcu kazano nam się natychmiast położyć na ziemi i spać. Wyjęłam z torebki kilka sucharków, dałam Basi do zjedzenia, owinęłam ją kocykiem, przytuliłam do serca, momentalnie zasnęła. Ja oczywiście nie spałam, patrzyłam na gwiaździste, cudowne sierpniowe niebo, na Warszawę w morzu płomieni i rozpaczałam, że tam jest mój mąż. Huczało mi w głowie z ogromu wrażeń, kości i mięśnie bolały mnie od niewygodnego siedzenia na twardej ziemi. Noc była chłodna, rosa padła tak duża, że ubrania moje, koc, którym była owinięta Basia, były mokre zupełnie. Drżałam, że Basia może się zaziębić, a przecież tak niedawno miała ciężkie zapalenie płuc. Nie śpiąc obserwowałam, co się dzieje dookoła – pod murem przy wejściu na Zieleniec stały jakieś budki, w których leżeli chorzy, starcy – podobno 3 kobiety urodziły dzieci, ale zamordowano je. Jeść tu nie dawano. Naprzeciwko mnie znajdowało się 10 grobów, kto się nie podobał żołdakowi, zostawał zamordowany. Przez całą noc pijane bestie szukały młodych dziewcząt wyciągali [je] z rąk zrozpaczonych matek i o zgrozo! Po kilkunastu gwałciło jedną, na tych właśnie grobach. Nie zapomnę nigdy tych rozpaczliwych krzyków „zabij, a zostaw mnie”. W pewnej chwili uderzył mnie i Renię nahajką w głowę jakiś drab za to, że nie leżymy i nie śpimy, a ja nie chciałam kłaść Basi na mokrej ziemi, więc wolałam ją trzymać na kolanach, skuliłam się jak mogłam, żeby mnie nie zabili, bo to i tak cud, że tylko mnie uderzyli. Nie było mi przeznaczone widocznie zginąć. Martwiłam się, bo Basieńka była bez bucików, a ona boso nie umiała chodzić, poczciwa p. Skrzyńska[3] dała mi sandałki swojej córeczki dla Basi, a swoją córeczkę ubrała w buty z cholewami, które udało się jej wynieść z domu. Rano ustawiono nas znów piątkami i popędzono na Dworzec Zachodni. Jakaż to smutna była ta nasza ostatnia droga przez Warszawę, wszędzie stały domy wypalone, na ulicach trupy rozkładające się – własowcy biegali i bili jak ktoś nie mógł nadążyć iść prędko. Na dworcu własowcy oddali nas w ręce Niemców i o ironio poczuliśmy się jacyś bezpieczni, byli ludzie, którzy opowiadali Niemcom całą naszą gehennę, a ci kiwali głowami ze współczuciem. A ja myślałam, że własowcy byli tylko narzędziem w ich ręku. Na dworcu udało się Reni zdobyć trochę wody z lokomotywy, którą chciwie wypiłyśmy, było to nasze pierwsze pożywienie od 3 dni. Kazano nam wsiąść do pociągu, który zaraz ruszył – nie wiedzieliśmy zupełnie, gdzie nas wiozą – wersje były różne. Patrząc przez okno wagonu nie mogłam wyjść z podziwu, że poza Warszawą ludzie sobie żyją spokojnie, spacerują – słowem, życie płynie normalnie – a ja w swojej naiwności myślałam, że wszędzie jest powstanie. Pociąg mijał stację za stacją, aż w końcu zatrzymał się w Pruszkowie, na terenie kolosalnych warsztatów kolejowych, obmurowanych dookoła[4]. Kilka godzin siedzieliśmy na trawie, pogoda była piękna, dostałam od kogoś ogórka, którego z wielkim apetytem zjadłam, a potem popiłam brudną wodą, w której sobie ludzie ręce myli. Państwo Skrzyńscy i p. Grabowska pożyczyli mi 1000 zł, bo byłam zupełnie bez grosza, Renia również. Po południu znów kazano nam się ustawić rzędami i zaczęło się segregowanie na zdolnych i niezdolnych do pracy. Dobrze wiedzieliśmy, że zdolny do pracy tzn. wyjazd do Niemiec. Młode niewiasty zaczęły sobie posypywać mąką, czy pudrem włosy, rysować bruzdy na twarzy, żeby się postarzyć. Często oddzielano matkę od dzieci, męża od żony, działy się rozdzierające sceny. My z Renią przeszłyśmy szczęśliwie razem do jednej grupy prawdopodobnie niezdolnych. Ciemno już było, kiedy nas wpędzono do jakiegoś pawilonu na noc – była to potężna hala, pusta, bo wszystkie urządzenia, maszyny Niemcy już skradli i wywieźli do siebie. Basia omal nóżki nie złamała, wpadła jedną nóżką do jakiejś dziury. Skonan<e> do ostatnich granic, ułożyłyśmy się w jakimś kącie na kamiennej, brudnej posadzce. Natychmiast zasnęłyśmy. Ach, jak mnie kości i mięśnie bolały po tej nocy – z rana z trudem wstałam. Koło południa udało mi się dostać trochę zupy – krupniku i 2 marchewki surowe, to było pierwsze pożywienie od 3 dni. Ja nie odczuwałam głodu, nasyciłam się wrażeniami. Basia też nie upominała się o jedzenie. Ku memu zdumieniu spotkałam tu artystkę p. Zofię Lindorfównę[5], która nie była w czasie powstania w Warszawie (mieszkała w naszym domu) – przyszła szukać swojej matki i swego męża – niestety nie znalazła, już w nocy zostali wywiezieni (matka zginęła w Ravensbrück, a mąż wrócił). Od p. L. dostałam cukru, jabłek, kaszy manny, podzieliłam się tym z kilkoma osobami, które miały dzieci. W pewnej chwili kazano nam znów ustawić się szeregami i gdzieś nas prowadzono – przechodząc koło pawilonu dla chorych. Renia, Hala z synem i ja z Basią uciekłyśmy z tłumu i weszłyśmy do wnętrza ogromnego baraku. Tu leżeli chorzy na kamiennych posadzkach, niektórzy mieli trochę słomy pod sobą. Jakaś matka krzyczała rozpaczliwie, bo córeczka 5-letnia konała na jej ręku na krup, ludzie stali dokoła i patrzyli bezradnie. Dużo kręciło się lekarzy, pielęgniarek z opaskami Czerwonego Krzyża, ale bez narzędzi, bez lekarstw, nic nie mogli poradzić. Dużo osób niemających nic wspólnego z medycyną zakładało opaskę, żeby uchronić się przed wywiezieniem do Niemiec. Był tylko jeden lekarz niemiecki, który był panem życia i śmierci, on mógł zwolnić z obozu lub skierować do szpitala chorego, ale do niego trzeba było stać kilka dni w ogonku. Nastrój w tym baraku był okropny, co chwilę ktoś umierał, a kto był zdrowy, mógł się zarazić. Drżałam o Basię. Danek ciężko zachorował na uszy, Hala dostała ataku kamienicy żółciowej. Tu spotkałam znajomą z Chylic p. Dukwicz, miała opaskę RGO[6], wiedziałam, że mieszka w Pruszkowie, momentalnie podbiegłam do niej z błaganiem, aby mnie wyprowadziła z obozu. P. Dukwicz wzięła sanitariuszkę władającą dobrze językiem niemieckim, podeszła do oficera niemieckiego i ta powiedziała mu, że ja jestem w 9-tym miesiącu ciąży, źle się czuję, mam maleńką córeczkę, jestem znajomą p. Dukwicz, która chce mnie wziąć do siebie, a mieszka w Pruszkowie. Oficer wydał zaraz kartkę zwalniającą mnie z obozu, mogłam zaraz opuścić barak, ale Reni nie chcieli wypuścić, więc jeszcze parę godzin kręciłam się po obozie, tak mi jakoś straszno było samej wyruszyć w świat. W końcu pożegnałam się z Renią, Halą i znajomymi i poszłam do p. Dukwicz na ulicę Ołówkową 6, tu nakarmiono mnie, wykąpałam się sama i Basię, przespałam jedną noc, a następnego dnia rano poszłam z Basią pieszo do Piastowa (3 km). Dopiero w tej drodze, zdałam sobie sprawę ze swego rozpaczliwego położenia. Przed Basią starałam się ukryć swój smutek. Co chwilę zatrzymywali mnie ludzie i dopytywali skąd jestem i gdzie idę, płacząc opowiadałam co przeżyłam. W Piastowie odszukałam p. Grodeckich, rodziców b. męża siostry Olgierda. U nich miałam zamiar chwilowo [się] zatrzymać. W ogrodzie spotkałam p. Grodecką, przywitała mnie bardzo serdecznie, jak kogoś bliskiego, a ja wybuchnęłam głośnym płaczem, już nie mogłam dłużej panować nad sobą. U p. Grodeckich była już Hala z Dankiem, który był ciężko chory na uszy. Po 2 dniach przyjechała i Renia. Z Pruszkowa wywieźli ją Niemcy do Skierniewic, a stamtąd przyjechała do nas. Nie mam słów, słów na wyrażenie, ile serca i pomocy okazali nam p. Grodeccy. Obydwoje staruszkowie (ponad 70 lat) byli w warunkach materialnych bardzo ciężkich, sami nie mieli co jeść, a nas przygarnęli i dzielili się wszystkim z nami. Rano jadaliśmy kartofle w mundurkach, czarną kawę, chleb w minimalnych ilościach. Na obiad zupę jałową, na drugie kaszę lub kartofle. Na kolację kartofle w mundurkach, herbatę (ersatz). Początkowo Hala miała trochę pieniędzy, więc nas dokarmiała. Ja z Renią i Basią miałyśmy osobny pokój. Poczciwa p. Grodecka starała się mnie dogadzać, specjalnie stale zapraszała mnie do jedzenia. Basia po prostu rzucała się na jedzenie, apetyt miała niesamowity, co mogła, brała ze stołu i mówiła: „mamusiu jedz, bo zabraknie, głód to straszna rzecz”. Zapłakiwałam się, że nie mogę dać dziecku jeść tyle, ile ono chce. A jak było co jeść, to Basia nie chciała, grymasiła. Z RGO dostawałyśmy zupy, a z Ośrodka Zdrowia kleik mdły, obrzydliwy. Sierpień i wrzesień 1944 roku były cudowne i ciepłe – codziennie po kilka godzin siedziałam w ogrodzie p. Grodeckich i patrzyłam na drogę, czy nie zobaczę Olusia, stale o nim myślałam, stale mi się śnił zapłakany, biedny. Ani na chwilę nie dopuszczałam myśli, że mogę go utracić. Szosą z Warszawy szli biedni Warszawiacy. Czasami odpoczywali w ogrodzie p. Grodeckich i opowiadali mi swoją gehennę. Oj nasłuchałam się rzeczy mrożących krew w żyłach. Kiedyś na wpół obłąkana matka opowiadała mi, że ją z 14-letnią córeczką i 300 mieszkańcami domu (ul. Gostyńska) wyprowadzili Niemcy na ulicę i zaczęli do nich siec z karabinów maszynowych, ona udała, że pada martwa, córeczka ranna w nogę zaczęła uskarżać się, że ją boli, usłyszał to oprawca, podszedł i zastrzelił ją. Matka 3 dni leżała wśród trupów i obok trupa dziecka. Na 4-ty dzień udało jej się wymknąć, przyszła do Piastowa. Patrząc na tę nieszczęśliwą pomyślałam, czy nie lepiej byłoby, aby i ona została zabita? Okropne rzeczy opowiadali ludzie z Woli, tam własowcy szaleli… mordowali, gwałcili itp. Zgnębiona, wyczerpana nerwowo i fizycznie, nie miałam energii, aby zająć się przygotowaniem wyprawki dla dzieciątka, aby iść do lekarza – za mnie myślała p. Grodecka, troszczyła się o każdy szczegół naprawdę, rodzona matka nie dbałaby o córkę więcej niż ona. Tu w Piastowie groziło nam stale wysiedlenie, gdyż Niemcy mieli wysadzić w powietrze fabrykę Tudor, która znajdowała się w sąsiedztwie. Warszawiacy nie byli tu bezpieczni, stale odbywały się na nich łapanki i wysyłka do Niemiec. Wszędzie chodziłam z Basią, panicznie bałam się rozłąki. 29 września w południe urodziłam mojego syneczka Jędrusia. Dozorczyni p. Grodeckich zabiła kurczaka i przyniosła dla mnie na rosół. Właścicielka sklepu p. Świątkowska przysłała mąki, jaj i jabłek na naleśniki, a poprzednio na ręce p. Grodeckiej dała parę metrów materiału na koszule dla mnie i na pieluszki. Dużo serca okazali nam p. Szymczykowie z domków kolejowych, ich córka była kiedyś uczennicą Reni, a inna uczennica Reni Suska przynosiła co drugi dzień ½ l mleka koziego. Syneczek mój był duży, gruby i zdrowy, ale moje samopoczucie było fatalne, często płakałam, tak mi smutno było. Wzruszający był moment, kiedy po urodzeniu dzieciątka p. Grodecka z kwiatami i p. Grodecki w czarnym ubraniu przyszli mi złożyć życzenia, p. Grodecki wręczył mi tysiąc złotych jako pożyczkę, którą mogę zwrócić, jak mój mąż wróci. Akurat w trakcie mego leczenia Warszawa skapitulowała całkowicie. Najpierw padł Mokotów[7], a potem Śródmieście[8]. Niepokój szarpał moje biedne serce, czy Oluś i Marysia żyją. Wszyscy Warszawiacy przechodzili przez obozy Pruszków, Ursus, Ożarów[9]. Gdybym była zdrowa, biegałabym od obozu do obozu i szukałabym moich Kochanych lub znajomych, którzy by mi mogli coś powiedzieć o Olusiu i Marysi. Łudziłam się, że Oluś przyjdzie do Piastowa. W początkach października skomunikowałam się z moją Mamą w Nowym Sączu, poczta funkcjonowała normalnie. Z 17-tego na 18-tego października śniłam, że Oluś żegna mnie ze łzami, przeprasza, że musi jechać do Niemiec. Rano opowiedziałam ten sen siostrom Olusia i płacząc powiedziałam, niech już Oluś jedzie do Niemiec, żebym tylko mogła wiedzieć, czy w ogóle żyje. W parę godzin później, otrzymałam kartę od p. Feriča z wiadomością, że Oluś[10] został wywieziony na roboty do Niemiec.

[1]Autorka używa terminu Zieleniec, ale właściwa nazwa to Zieleniak – teren bazaru , na który przywozili warzywa i owoce rolnicy z miejscowości podwarszawskich, plac był usytuowany przy ulicy Grójeckiej na wysokości ulicy Opaczewskiej.
[2]Pomyłka autorki. W pacyfikacji Ochoty nie uczestniczyły rosyjskie oddziały kolaboranckie gen. Własowa (ROA), lecz kolaboranckie oddziały RONA (Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa) pod dowództwem Bronisława Kamińskiego.
[3]Janina z Dolanowskich Skrzyńska (1880–1978) – wdowa po generale Stanisławie Wilhelmie Skrzyńskim (1877–1935), była sąsiadką autorki.
[4]Obóz w Pruszkowie Dulag 121 – został utworzony przez Niemców na początku sierpnia 1944 r. na terenie dawnych Zakładów Naprawczych Taboru Kolejowego. Trafiali do niego wypędzeni z miasta mieszkańcy Warszawy, a w późniejszym okresie również miejscowości podwarszawskich. Przez obóz przeszło około pół miliona osób. Po selekcji w obozie część z nich kierowano „na roboty” do Niemiec lub do obozów koncentracyjnych, a uznani za niezdolnych do pracy trafiali na teren Generalnego Gubernatorstwa.
[5]Zofia Lindorfówna (1905–1975) – aktorka filmowa (Pan Twardowski, Halka, Trędowata), po wojnie grała w warszawskich teatrach: Narodowym i Polskim.
[6]Rada Główna Opiekuńcza (RGO) – polska organizacja charytatywna działająca w czasie II wojny światowej (od lutego 1940 do stycznia 1945 r.) za zgodą władz okupacyjnych. Prowadziła m.in. sierocińce, domy opieki, jadłodajnie dla ubogich oraz szpitaliki i punkty medyczne. 
[7]Mokotów skapitulował 27 IX 1944 r.
[8]Kapitulacja Śródmieścia, a tym samym powstania warszawskiego, nastąpiła 2 X 1944 r.
[9]Poza obozem w Pruszkowie funkcjonowały też mniejsze obozy w sąsiednich miejscowościach. W Ursusie na terenie Państwowych Zakładów Inżynierii, w Piastowie na terenie Fabryki Gumowej „Tudor i Piastów” oraz w Ożarowie Mazowieckim na terenie fabryki kabli i huty szkła. Przez obóz w Ożarowie przeszły oddziały powstańcze z Mokotowa, Żoliborza i Śródmieścia w drodze do obozów jenieckich na terenie Niemiec.
[10]Olgierd Straszyński został wywieziony na roboty do Niemiec do Essen, gdzie pracował w zakładach Kruppa. Na początku 1945 r. udało mu się wrócić do Nowego Sącza i połączyć z rodziną.