Read

Download pdf

Pamiętniki Warszawiaka – Wyjątki z pamiętników Wandy Ryś-Straszyńskiej

Wanda Ryś-Straszyńska (1911–2009) – pochodziła z Nowego Sącza, w 1935 roku wyszła za mąż za dyrygenta Olgierda Straszyńskiego i przeniosła się do Warszawy, zamieszkała na Ochocie. Cała rodzina Wandy zaangażowana była w działalność konspiracyjną, brat Zbigniew Ryś był kurierem ZWZ-AK na Podhalu, siostra Zofia Rysiówna była łączniczką, trafiła do obozu. Najstarsza córka autorki pamiętnika urodziła się we wrześniu 1939 roku, syn Andrzej – pięć lat później. Pamiętnik w rękopisie składa się z trzech zeszytów. Zeszyt 1 poświęcony losom autorki we wrześniu 1939 roku został opublikowany przez Muzeum Warszawy w 2019 roku w wydawnictwie Nieba i ziemi nie widać. Warszawiacy o wrześniu 1939.

1 Sierpień 1944 r. – wtorek.
Wybuch Powstania w Warszawie o 17-tej godz. Oluś[1] wyszedł z rana, bez specjalnego pożegnania, obiecał, że wróci na obiad o godz. 2-giej. Marysia wyszła też rano nie mówiąc nawet, gdzie idzie i kiedy wróci. Renia[2] poszła do siostry Hali, która dała znać, że ma ostry atak kamicy żółciowej i po zastrzyku morfiny leży w półprzytomna. Gosposia nasza Józia Kępkowa cały dzień bardzo była podenerwowana i po kilka razy mówiła mi, że dziś coś niedobrego koło niej chodzi. O 16-tej poszła do domu na Wronią 10, gdzie mieszkała z mężem – do nas przychodziła „na przychodne”. Zostałam sama w domu z 5-letnią Basieńką[3]. Było mi szalenie smutno, usiadłam na balkonie i przypatrywałam się, co się dzieje na naszym dużym podwórku. Zainteresowało mnie to, że tak dużo młodych chłopców wchodzi do naszego domu, wchodzą do różnych klatek schodowych, idą pojedynczo, po kilku coś noszą, wożą jakieś worki przyczepione do rowerów. Zauważyłam, że jeden z mieszkańców naszego domu zatrzymuje tych, którzy chcą wychodzić na ulicę i ci wracają się. Na 5 minut przed 17-tą wpadła Renia po coś do domu, miała wziąć jeszcze lekarstwo w aptece i iść do Hali z powrotem. Renia wyszła – ostrzegałam ją, że ma być zaraz powstanie. Punktualnie o godz. 17-tej rozpoczęła się przeraźliwa strzelanina. Natychmiast zrozumiałam, że „stało się”. Drżącymi rękami chwyciłam Basieńkę przerażoną, zaniosłam do przedpokoju, uklękłam i zaczęłam się gorąco modlić. Pomyślałam o Olusiu, który już nie przyszedł na obiad, a tak czekałam na Niego, o Marysi, która nie wiadomo gdzie poszła? – o Reni, która co tylko wyszła na ulicę Uniwersytecką – o Hali, która tak ciężko chora – o Wandzi, która poszła na pole walki – o Zbysiu, synu Hali, młodym, bo 20-letnim chłopaczku, który poszedł z bronią w ręku bić się. W Warszawie nie było ludzi, którzy by nie chcieli bić Niemców. Starzy, młodzi, mężczyźni, kobiety, dzieci, wszyscy byli wciągnięci do roboty. Za 5 lat straszliwej niewoli, cierpień, prześladowań, za śmierć milionów bohaterów należała się krwawa zapłata. Głowę miałam pełną niepokojących myśli, bałam się, że możemy nie wszyscy wyjść żywi z tej zawieruchy. Tak mi brakowało obok siebie Olusia, który swoim spokojem, optymizmem dodawał mi otuchy i sił w takich ciężkich chwilach. Nawet gdyby przyszło zginąć to razem byłoby łatwiej. Jestem sama bezradna, właściwie niedołężna, bo w 8-mym miesiącu ciąży – mam obok siebie ukochaną córeczkę, którą chciałabym uchronić od wszystkiego złego. Na moje szczęście, po paru minutach przyszła Renia, musiała wrócić, bo o dotarciu na plac Narutowicza nie było mowy. Po chwili zastukał pewien starszy pan, którego powstanie zastało na ulicy wracającego z ogródków rodzinnych z Pola Mokotowskiego, mieszkał o parę domów dalej, ale tam dotrzeć nie mógł. Bardzo był zdenerwowany biedaczysko, rozpaczał, że w domu zostawił chorą żonę, że musi za wszelką cenę iść do niej. Pierwszą noc spędziliśmy w przedpokoju, Basieńkę ułożyłam spać na 2 fotelach, a sama klęczałam, przytulona do jej ciałka i czuwałam. Odgłosy walki ulicznej ani na minutę nie cichły, nie ustawały. Walka była od razu zażarta. Rano mieszkańcy domu naszego (Wawelska 60 i Mianowskiego 15) zaczęli stawiać w bramach, w oknach parterowych mieszkań, barykady[4]. Ja nie zdawałam sobie sprawy, że to nic dobrego nie wróży, ale Renia bardzo zaniepokoiła się. W ciągu dnia zdecydowałyśmy się z Renią zejść do piwnicy i tam zamieszkać. Renia zniosła walizki z cenniejszymi rzeczami, łóżko składane, pościel – akurat znosiła te rzeczy w momencie, kiedy był piekielny atak artyleryjski na nasz dom. Renia zawsze zachowywała spokój, opanowanie i odwagę. Ja w piwnicy czułam się lepiej i bezpieczniej niż w mieszkaniu. Od tego dnia stale przebywałam w piwnicy (dzień i noc). Do mieszkania wychodziłam tylko w rannych godzinach, żeby się umyć lub przynieść coś do zjedzenia. Tylko w rannych godzinach Niemcy nie atakowali naszego domu i w nocy. Renia czasami chodziła spać do mieszkania na I-sze piętro. Jadałyśmy mało, tylko zupki, które gotowała Renia na maszynce elektrycznej. Basia czuła się w piwnicy dobrze, bawiła się beztrosko z dziećmi, ja wytłumaczyłam jej, że w piwnicy nic nam się złego stać nie może. Po paru dniach wszyscy mieszkańcy naszego domu zeszli do piwnic i to przeważnie do tej części domu, gdzie my zainstalowałyśmy się, tzn. od ulicy Mianowskiego. Nasz dom razem z domem Mianowskiego 15 tworzył jeden zamknięty blok – a w czasie Powstania stał się twierdzą, broniło go około 100 młodych chłopców z pistoletami i paroma karabinami maszynowymi, a przez 11 dni zdobywało uzbrojenie po zęby regularne wojsko niemieckie lub wynajęte pijane, dzikie bandy własowców i szaulisów[5]. Niemcy codziennie po kilka godzin atakowali naszą właściwie bezbronną twierdzę, najpierw prali pociskami artyleryjskimi, waląc piętro po piętrze rzucali pociski zapalające, podpalając coraz to inne mieszkanie, a potem atakowała piechota. Powstańcy dzielnie odpierali te piekielne ataki[6], cywile mężczyźni i kobiety gasili pożary, kto żyw starał się być pożytecznym. Na podwórku robiono granaty, napełniano butelki benzyną, w piwnicy był szpital dla rannych, lekarze, sanitariuszki, w kilku kuchniach gotowano obiady dla powstańców. Kobiety pełniły funkcje obserwatorów. W jednej z piwnic urządzono kaplicę z ołtarzem, przy którym odprawiał msze św. i piękne kazania wygłaszał ks. Salamucha[7], bardzo mądry, wykształcony kaznodzieja. W pierwszych dniach nastrój w naszej twierdzy był dobry, nieliczne tylko jednostki krakały, że powstanie to szaleństwo z motyką na słońce, że to się źle skończy. Mieliśmy radio, słuchało się go, dostawaliśmy komunikaty z dowództwa Powstania, były one pomyślane, krzyczało się o pomocy ze strony Anglii, o zwycięstwie, ale niestety były one kłamliwe. Zamknięci i odcięci od świata nie wiedzieliśmy co się dokoła dzieje. Tylko z okien naszego domu widzieliśmy, że Niemcy niszczą dom po domu systematycznie, mieszkańców gdzieś pędzą z małymi tobołkami, a domy wraz z całym dobytkiem palą. Ja zupełnie nie zdawałam sobie sprawy, że może przyjść taki moment, że trzeba będzie opuścić nasz dom i iść gdzieś w nieznane. Wszystkie cenne rzeczy, futra, ubrania, płyty, gramofony, fotografie, dywany, pościel zniosłam do piwnicy, liczyłam się z tym, że w mieszkaniu mogłyby być zniszczone przez pociski artyleryjskie. Najcięższe do przeżycia były godziny między 12-tą a 17-tą, wtedy właśnie Niemcy atakowali naszą twierdzę, zbieraliśmy się wtedy, modliliśmy się, śpiewaliśmy pieśni nabożne. […] W chwilach kiedy uspokajało się wychodziłam z Basią na klatkę schodową lub na podwórko, aby zaczerpnąć świeżego powietrza. Nie było to bezpieczne, kilka osób zginęło od niespodziewanych pocisków, które padały w sam środek naszego podwórka. Rosła liczba grobów na naszym podwórku. […] 8-mego sierpnia, ku wielkiemu memu zdumieniu dano mi znać, że muszę iść do apteki, do telefonu, że mój mąż chce ze mną mówić – w pierwszej chwili ucieszyłam się, że dowiem się prawdy, że Oluś doda mi otuchy, pocieszy po swojemu – a tymczasem Oluś zdławionym głosem zrozpaczonym powiedział, że jest źle, że niczego dobrego nie możemy się spodziewać, zaczął mnie żegnać, dziękować za miłość, za szczęście, że prawdopodobnie już się więcej w życiu nie zobaczymy. Byłam tak oszołomiona tym, co mówił, że zupełnie nie wiedziałam, co odpowiedzieć? – w końcu wystękałam, że trzymam się dobrze, że jakoś to będzie, wszystko w ręku Boga – nie chciałam długo być przy telefonie, bo atak na nasz dom trwał, więc bałam się. Na zakończenie błagałam Olusia, żeby nie przychodził do naszego domu, bo chciał to szaleństwo zrobić w przystępie rozpaczy. Na chwilę wzięła słuchawkę Basia, biedactwo płacząc powiedziała tylko „tatusiu, ja cię bardzo kocham”. Renia też przez chwilę rozmawiała z Olusiem, umówili się, że Oluś jeszcze raz dziś zadzwoni wieczorem. Niestety wieczorem w trakcie łączenia się telefonicznego, uderzył pocisk artyleryjski w nasz dom i odciął nas już od śródmieścia. Rozmowa z Olusiem złamała mnie zupełnie, siedziałam potem jak noc smutna, przerażona, przygotowywałam się na śmierć, choć tak bardzo chciałam żyć. Jakiś piekielny ból odczuwałam w sercu, coś ściskało w gardle, kiedy patrzyłam na Basię. […] Ostatnie 3 dni w naszej twierdzy były makabryczne. Ataki były coraz wścieklejsze, a powstańcy z trudem i z szalonym bohaterstwem odpierali te ataki, ale były momenty, że się zdawało, że nie dadzą rady, wtedy ci powstańcy, którzy nie wytrzymywali nerwowo, zbiegali przerażeni do piwnic i siali panikę wśród nas. Kilka razy mówiono, że już Kałmucy[8] wdarli się do naszego domu, ale później okazywało się, że to nieprawda. […] 10 sierpnia prawie cały dzień trwał atak – wydawało się, że dom padnie, ale jeszcze udało się obronić. Dokoła już wszystkie domy były wypalone. Wieczorem 10-tego sierpnia dowództwo powstańcze zaprosiło kilku najpoważniejszych mieszkańców naszego domu na konferencję, aby im powiedzieć, bez obwijania w bawełnę, że sytuacja jest beznadziejna, że lada godzina Niemcy opanują dom. Powstańcy już przygotowali w jednej z piwnic podkop do kanału, aby w ostatniej chwili uciekać – początkowo mieli i cywile iść do kanału, ale później nie pozwolono. Ja w tych najtragiczniejszych momentach okazałam się optymistką, nie zdawałam sobie sprawy z grozy sytuacji, ani mi na myśl nie przychodziło, że trzeba będzie opuścić dom, zła byłam, że ludzie robią panikę, wierzyłam, że przyjdzie pomoc. […] Wieczorem położyłam się jak zwykle w piwnicy spać, sanitariuszki przygotowywały jakieś kotły z jedzeniem do kanału – ja nic nie przygotowywałam, nigdzie się nie wybierałam, było mi obojętne co ze mną będzie. […] Kto nie był w Warszawie w czasie powstania, ten nigdy nie zrozumie, co myśmy przeżyli. 11 sierpnia, tak dla mnie pamiętnego dnia, około godziny 14-tej zaczęło się piekło – atak był od razu silny, pociski ze wszystkich stron waliły coraz to inne części domu. Powstańcy nie byli w stanie utrzymać się na posterunkach, zaczęło się robić zamieszanie i bałagan. W pewnej chwili zorientowaliśmy się, że powstańcy opuścili posterunki i poszli do kanału. Niemiecka pancerka atakowała nasz dom ze wszystkich stron, a później piechota nieprzyjacielska zaczęła walić granatami do naszych piwnic. Zaczęliśmy biegać ze swymi tobołkami z piwnicy do piwnicy – nie było jednego kącika bezpiecznego. Wydawało się, że żywi nie wyjdziemy, dom wraz z piwnicami trząsł się jak w febrze. Basia biedna rzewnie płakała, tuliła się do mnie i mówiła, że się bardzo boi. […] Atak trwał do 7-mej wieczór, straszne to były chwile. Kiedy nagle ucichło strzelanie, nikt nie miał odwagi wyjść z piwnicy i zobaczyć co się dzieje na zewnątrz. Po chwili ktoś zawołał: „wychodzić, przygotować zegarki”. Wyjęłam swój złoty zegareczek z bransoletką i ruszyłam ku wyjściu – miałam w ręku tylko maleńką walizeczkę z fotografiami, dokumentami, pamiętnikami, torebkę z jedzeniem dla Basi, a na ręku kocyk. Renia wzięła walizkę z wyprawką dla dziecka, zmianą bielizny dla mnie i Basi i paroma sukienkami. Łudziłam się, że będę mogła jeszcze wrócić do piwnicy po futro, jesionkę, że załaduję trochę cenniejszych rzeczy na wózeczek Basi i z tym dopiero ruszę w świat. Trochę złotych drobiazgów z pamiątkowymi obrączkami ślubnymi owinęłam w chusteczkę i wcisnęłam za pas. Dolary papierowe w kopercie też wetknęłam za koszulę, nie miałam już czasu na zaszywanie tych rzeczy. Niektóre przejścia w piwnicy były mocno niewygodne, trzeba było np. przełazić przez wykutą dziurę i skakać jakieś 1½ m w dół. Przy takim właśnie przejściu stał pierwszy drab z rozpylaczem i wrzeszczał „dawaj czasy”. Bez namysłu oddałam swój zegareczek, przepuścił mnie, poszłam dalej ciemnymi piwnicami. W jednej z piwnic leżeli zabici, od kilku dni niepochowani – ach jaki to okropny był widok! Odwróciłam głowę i szybko pociągnęłam Basieńkę za rękę. Wyszłam na podwórko – tu wszyscy ustawili się gęsiego, a pijani żołdacy biegali i rabowali. Oddałam jeszcze 2 zegarki Olusia. Nie mogłam się nadziwić dlaczego taki dym, hałas i dlaczego jeszcze co chwilę słychać jakieś strzały na podwórku – nie zdawałam sobie zupełnie sprawy z grozy sytuacji, nic nie widziałam, może byłam nieprzytomna z przerażenia i zdenerwowania – dokoła mnie mordowano ludzi, bezbronnych starców, kobiety i dzieci. Renia powiedziała mi, że trzeba stąd jak najprędzej wydostać się – niestety nie było to takie proste. Były tylko 2 czy 3 wyjścia, obstawione przez najbardziej morderczych żołdaków. Najbliższe wyjście miałyśmy na rogu Pługa i Wawelskiej, było to wyjście przez okno i wysoką barykadę. Kilka razy próbowałam wyjść, ale cofałam się, zamieszanie, krzyki, huk granatów, karabinów odbierały mi odwagę, Basia głośno płakała i ciągnęła mnie za sukienkę, żeby nie iść. W pewnej chwili młoda panienka wróciła z krzykiem z barykady, że dobijają rannych siekierami. Dziwię się, że nie zwariowałam wtedy, że ze strachu nie zaczęłam rodzić (a byłam już w 9-tym miesiącu ciąży). Stałam spokojnie w kąciku, tuliłam Basię do serca i czekałam, aż się trochę uspokoi. Renia jakoś oderwała się od nas i pierwsza przeszła barykadę, wyrwali jej walizkę, parę razy chciała ją podnieść, ale padała, bo ją tak popychali, czy kopali, więc zrezygnowała z niej. Jak tylko zorientowałam się, że Renia poszła, wzięłam Basię za rękę i przy pomocy jednego z drabów, który podał mi rękę, przeszłam przez barykadę – na ulicy złapał mnie własowiec, rozdarł sukienkę, odebrał walizeczkę i przykładając rewolwer do skroni wrzasnął „oddaj złoto, bo będzie źle” natychmiast sięgnęłam po swoje zawiniątko, które miałam za pasem i oddałam, dzięki temu, że dzikus zajął się oglądaniem zdobyczy, mogłam z życiem iść dalej. Było to najniebezpieczniejsze miejsce, stali tu pijani żołdacy i kolbami walili każdego, kto schodził z barykady. Kto miał siłę podnieść się, mógł iść dalej, kto nie mógł szybko wstać zostawał dobity. Prawie nikt ze starców nie przeszedł tej barykady, wielu rannych w sile wieku mężczyzn zostało dobitych. Pamiętam, że ulicę Pługa przebiegłam między trupami, strzelano za kimś, kto próbował uciekać. Basia zgubiła buciki na barykadzie, musiałam ją nieść, bo ulica była zasłana szkłem.

[1]Olgierd Straszyński (1903–1971) – mąż autorki, dyrygent, od 1932 roku pracował w Polskim Radiu, w latach 1939–1944 działał w konspiracji w ramach Biura Informacji i Propagandy Komendy Głównej Armii Krajowej, a podczas powstania warszawskiego był szefem muzycznym radiostacji „Błyskawica”. Po wojnie został pierwszym dyrektorem artystycznym Filharmonii Narodowej w Warszawie.
[2]Renia – siostra Olgierda Straszyńskiego.
[3]Basia Straszyńska, córka autorki urodziła się we wrześniu 1939 roku podczas oblężenia Warszawy.
[4]Reduta Wawelska – ośrodek powstańczy na Ochocie zamknięty ulicami: Wawelską, Pługa, Mianowskiego i Uniwersytecką. Placówka broniła się od początku powstania do 11 sierpnia, najdłużej w dzielnicy Ochota.
[5]Własowcy i szaulisi – pomyłka autorki. W pacyfikacji Ochoty podczas powstania nie uczestniczyły oddziały kolaboranckie gen. Własowa (ROA), lecz kolaboranckie oddziały RONA (Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa) pod dowództwem gen. Bronisława Kamińskiego. Szaulisi, czyli kolaboranckie oddziały litewskie, nie brali udziału w powstaniu warszawskim, uczestniczyli w 1943 roku w pacyfikacji warszawskiego getta.
[6]Reduty Wawelskiej broniły oddziały IV Obwodu AK Warszawa-Ochota pod dowództwem komendanta reduty ppor. Jerzego Gołębiowskiego ps. Stach. Oddział liczył ok. 150 powstańców. 11 sierpnia ewakuowano kanałami 83 osoby, większość kontynuowała walkę w Śródmieściu. 
[7]Ksiądz Jan Salamucha (1903–1944) – filozof chrześcijański, logik, profesor teologii chrześcijańskiej na Uniwersytecie Jagiellońskim. Aresztowany 6 XI 1939 r. wraz z gronem profesorów UJ, więzień obozów Dachau i Sachsenhausen. Po uwolnieniu w Warszawie w parafii Św. Jakuba, kapelan Narodowych Sił Zbrojnych, starał się doprowadzić do ich połączenia z Armią Krajową. W czasie powstania kapelan IV Obwodu Ochota, przebywał w Reducie Wawelska. Odmówił ewakuacji kanałami z obrońcami reduty, pozostał z rannymi i ludnością cywilną, zamordowany przez żołnierzy RONA 11 VIII 1944 r.
[8]Kałmucy – członkowie kolaboranckich oddziałów rosyjskich pochodzący z części azjatyckiej ZSRR. W pacyfikacji ludności Warszawy brały udział m.in. oddziały turkmeńskie czy azerskie.