Read

Pamiętnik warszawiaka - Jadwiga Dąbrowska

Autorka pamiętnika Jadwiga Dąbrowska podczas Powstania miała 18 lat i była mieszkanką Mokotowa, kamienicy przy ulicy Sandomierskiej 21. Spalona podczas powstania kamienica nie została odbudowana po wojnie. W latach 50. XX wieku w miejscu budynku powstał gmach w stylu socrealistycznym. Na jego ścianie znajduje się tablica pamiątkowa o treści: „Tu 4 sierpnia 1944 hitlerowcy rozstrzelali 17 Polaków”.
Pamiętnik składa się z kilku stron maszynopisu i zawiera wyłącznie opis losów autorki podczas powstania warszawskiego.

Warszawa – Mokotów
Dnia 1 sierpnia 1944 r. wybuchło powstanie warszawskie. Właśnie przed 15-ma min. zdążyłam przyjść do domu. Zaledwie zdążyłam się rozebrać, już na ulicy rozległy się pierwsze strzały. Strzelanina trwała bez przerwy trzy dni, dzień i noc. Dnia 4-go sierpnia o godz. 9-tej rano rozwścieczone żandarmy wpadli do naszego domu. Natychmiast wszyscy schodzić na dół, krzyczeli. Czym prędzej ubieramy się. Wychodzimy. Ulicy swojej nie mogliśmy poznać. Istna sodoma i gomora w tak krótkim czasie. Nad głowami świszczą nam kule. Od huku zatykamy uszy, trzymając się za głowy. Pędzą nas jak bydło do hali na ul. Rakowiecką. Tam były koszary[1]. Rozdzielono nas. Mężczyźni osobno i kobiety. Płakaliśmy jak małe dzieci. Tego samego jeszcze dnia dom nasz został podpalony. Dom nasz przy ul. Sandomierskiej 21 był najpierw podpalony z domów mokotowskich. 

Skoszarowani byliśmy przez trzy dni. Jeść nam dawali raz na dzień i to brukiew na wodzie. 

Trzeciego dnia odprowadzono nas do gestapo, które mieściło się przy Alei Szucha[2]. Tam podczas sprawdzania dokumentów odstawiano na bok chłopców od lat 15-tu i kilka osób dorosłych, którzy byli prawdopodobnie podobni do narodowości żydowskiej. 

O zmroku popędzono nas z powrotem do hali. Teraz już cała Rakowiecka płonęła wzdłuż. Ogień jak wyżej szalał przy pomocy wiatru. Wejście do hali było od Rakowieckiej. Podczas przechodzenia kilka osób zostało pochłonięte przez ogień. Tam znowuż przebywaliśmy kilka dni. 7-go sierpnia rozpuścili nas. Rozkazano nam iść do swoich znajomych, których domy jeszcze nie zostały spalone w obrębie Mokotowa. Poszłam z mamą do swoich znajomych. Tam byliśmy tydzień. 

Jeżeli ktoś chciał wyjść na ulicę, po prostu przebiec do drugiego domu, musiał biec z podniesioną w górę chusteczką w ręku (poddaje się).

W początku września na terenie Mokotowa ukazały się ulotki do Mieszkańców Warszawy. Ulotka brzmiała: opuszczać miasto w celu rozlewu krwi z bolszewizmem (sic). Ciężkie były wtedy chwile dla nas warszawiaków. Gdzie iść i dokąd. Coraz to słychać było pogłoski, że będą nas pędzić, pędzić, a w tej wędrówce będziemy padać od kul lub głodu. 

12 sierpnia pierwsza grupa ludzi z tobołkami na plecach wyruszyła z naszej dzielnicy. Myśmy jeszcze zostali, brak było nam odwagi. Co jeden dom przyszli palić, wyrzucili nas, poszliśmy do drugiego. Ludzi już wtedy było coraz mniej. Rzadko można było zobaczyć gdzie człowieka. 

Kiedy Niemcy przyszli palić już dom, w którym przebywaliśmy przy ul. Starościńskiej 1, powróciliśmy do swego domu spalonego. 

Dom nasz został całkiem zniszczony i zawalony z góry do piwnic z wyjątkiem schodów kamiennych, które pozostały normalnie i dwóch suteryn. 

Niemcy również chodzili po zgliszczach i widząc ludzi, wypędzali [ich]. Kiedy wchodzili – chowaliśmy się. Z początku w piwnicy było bezpiecznie, ponieważ Niemiec za nic by nie wszedł tam, obawiając się partyzantów. Porozglądali się po podwórku i wychodzili. Walki trwały bez przerwy. Pod koniec sierpnia ruch ludzki na ulicach zanikł. Ten, kto miał wyjść, już wyszedł, a kto miał zostać, ukrył się w zgliszczach. 

Miejsce, w którym się zatrzymaliśmy, było bardzo niebezpieczne, ponieważ dom nasz znajdował się przy ul. Sandomierskiej 21 przy koszarach. Ale był to nasz dom, w którym mieszkaliśmy, więc dlatego mieliśmy odwagę w nim zostać. Gromada nasza składała się z 6-ciu dorosłych i jednego dziecka 7-mio letniego oraz psa.

Miejsce, w którym zamieszkaliśmy, było na klatce schodowej, IV piętro. Klatka miała schody kamienne, które ocalały przed ogniem. Przez tydzień czasu nie schodziliśmy wcale w dół. Mieliśmy jeszcze trochę suchego jedzenia i tak się pożywialiśmy. Z dnia na dzień czekaliśmy końca, myśleliśmy, że to prędko nastąpi. 

Pewnego dnia uszom naszym począł dochodzić huk siekier. Nie wiedzieliśmy, co to może być. Nic nie było słychać, żeby Niemcy weszli do podwórka. Byliśmy tym bardzo strwożeni. Siedzieliśmy cicho. Psa owinęliśmy w koc, żeby nie słyszał żadnego szmeru, bo by szczekał. 

Za jakieś pół godziny poczęły docierać nas głosy niemieckie. Teraz byliśmy już pewni, że to Niemcy. Ale zastanawiało nas, co oni tam robią. Kiedy wyszli, nie mogliśmy się doczekać wieczora, żeby zejść i zobaczyć. Zapadł wieczór. Zeszliśmy na dół. Spostrzegliśmy, że drzwi wejściowe do wszystkich piwnic zostały wyrąbane. Łazili i penetrowali po piwnicach. Myśleli pewnie, że są tam jakie skarby. Niestety dom nasz poszedł na pierwszy ogień Mokotowa. Lokatorzy swoje mienie pozostawili w domu, nigdy nie przypuszczając, że barbarzyńcy tego się dopuszczą. 

Dzień za dniem mijał. Życie nasze stawało się coraz trudniejsze. Zaczęła się walka z głodem. Musieliśmy starać się o żywność. 

Ciemność stawała się dla nas jakby bezpiecznością. Wtedy tylko mogliśmy iść gdzieś, żeby coś znaleźć. 

Pewnego wieczoru wybraliśmy się do sąsiedniego domu za żywnością. Oczywiście przejście nasze było przez dziurę, która była wybita w piwnicy jeszcze na początku powstania, w tym celu, żeby mieć kontakt z drugim domem. W sąsiednim domu piwnice były już też porozbijane. W tym domu mieszkańcy powynosili część swego mienia i żywności do piwnic. I tu Niemcy zrobili to samo. Zmieszali kapustę z grochem. Jedno na drugim leżało, pleśniało i gniło, bo piwnice były bardzo wilgotne. Tak wyglądało nasze zdobywanie żywności. 

Kiedy mieliśmy już zapas żywności, mogliśmy śmiało gotować. Gotowaliśmy w jednej z suteryn, która ocalała. Komin po tej stronie też nie był uszkodzony. Gotowanie odbywało się tylko nocą. Okno suteryny zasłaniało się kocem, żeby nie było widać światła. 

Z czasem poczęły odwiedzać nas koty i czując ludzi, codziennie przychodziły do kuchni o jednej godzinie, żeby się pożywić. Nie tylko ludzie, ale i zwierzęta musiały cierpieć. 15 września już nie było wody w Warszawie. To nas do reszty przygnębiło. Bez wody przecież nie moglibyśmy istnieć. Ale co człowiek w nieszczęściu nie wynajdzie. I na to znalazła się rada. A więc, wszystkie miski, garnki, dzbanki, balie powystawialiśmy na gruzy, żeby zdobyć chociaż wodę deszczową. Nawet podczas obfitych deszczów, na podwórku zbierały się kałuże wody. Wodę tę zbieraliśmy, filtrowaliśmy przez watę i musiała służyć nam do gotowania. Ale mimo tego to wszystko było mało na tyle osób. Wybraliśmy się do sąsiednich domów w poszukiwaniu za wodą. I właśnie znaleźliśmy na jednych z podwórek wodę w beczkach. Woda ta nie była zbyt świeża, ale wszystko się dało zrobić, grunt, że była.

Wtedy brakowało nam tylko wolności. Żywność mieliśmy, wodę, te dwie rzeczy, które były najważniejsze do życia naszego. 

Niemcy prawie codziennie przychodzili na podwórko i penetrowali po kątach. Cukier, który mieliśmy ukryty w gruzach, zabrali nam. Toteż wszystko musieliśmy trzymać u siebie na górze. Tam było nasze mieszkanie i spiżarnia. 

Strzały słychać było dzień i noc. Nocą nieraz było takie zaostrzenie, że dom się trząsł i sklepienia obkruszały się, wtedy schodziliśmy do piwnicy. 

Pamiętam, jak pewnego dnia przeszły nad Warszawą całe serie samolotów, które poczęły puszczać spadochrony[3], weszliśmy na sam szczyt domu i obserwowaliśmy ich – a może który do nas zleci. Ale próżne były to marzenia. 

Sytuacja stawała się beznadziejna. W październiku powstańcy ukończyli swe walki[4]. [W] Warszawie zapanowała cisza. Czasami tylko nocą przelatywały pociski frontowe. Opalone przez ogień szkielety domów i różne tarapaty (sic) porozstawiane na ulicach, służyły jako barykady. 

Nadszedł listopad. Zimne powietrze dało nam się porządnie we znaki. Na schody musieliśmy wstawić piecyk żelazny z rurą, bo niemożliwe było wytrzymać. 

Przeciągła cisza denerwowała nas. Zdawało nam się, że już nigdy nie będzie końca tej męczarni.

 Zimno było nam spać. Nie mieliśmy pod dostatkiem pościeli. 

Koniec listopada. Wybraliśmy się do sąsiedniego domu w poszukiwaniu pościeli. Przelatując przez podwórko, ktoś począł rzucać w nas kamieniami. Ogarnął nas strach. Nikogo nie było widać. Zaledwie zdążyliśmy wejść do korytarza, za nami zjawił się mężczyzna z długą brodą. Domyślił się, że to tacy sami ludzie jak i oni. Pyta: skąd państwo się tu wzięli? My ukrywamy się w sąsiednim domu, odpowiedzieliśmy. Nas też się tu kilku ukrywa, powiedział młody mężczyzna. A czy panie czasem nie wiedzą, jaka dziś data? Bo myśmy się całkiem zgubili. Był wtedy 26 listopad. Młodzieniec zaproponował nam jeszcze na koniec, żeby przyjść jutro, to nam da trochę cebuli. Ale myśmy wtedy nie wyszli. 

Od tej chwili było nam już raźniej, ponieważ obok mieliśmy sąsiadów, człowieka. 

Największe zmartwienie mieliśmy, kiedy podwórko pokrył biały śnieg. Nie mogło być na śniegu żadnych śladów ludzkich. A gotować trzeba było. Jedno z nas padło na pomysł, aby rozłożyć cegły i po nich przechodzić. To zrobiliśmy, bo jednak trzeba było dostać się do kuchni.

1 grudzień był z kolei piątym miesiącem naszej męczarni. W tym miesiącu podwórko nasze było już dosyć często odwiedzane przez Polaków, którzy brani byli przez Niemców do prac w Warszawie. Polacy korzystając z okazji chodzili po domach i zbierali różne rzeczy. 

Nieraz kusiło nas się odezwać, żeby się coś dowiedzieć, jednak brak było nam zaufania. 

Od tej pory coraz częściej widywało się ludzi. Ostatnio już przychodziły nawet kobiety na szaber do Warszawy, które po kryjomu szwarcowały się przez granicę. 

20 grudnia 1944 roku na podwórko weszły 2 kobiety z dwojgiem dzieci. Kobiety weszły tak cicho, że myśmy nawet nie słyszeli. Akurat jedna z naszych kobiet wyjrzała oknem, a jedna z tamtych patrzyła się w górę domu i zobaczyła naszą kobietę. Kobieta nasza prosiła ją: niech pani nic nie mówi, że ja tu jestem. Szabrowniczka rzekła: niech pani się okupi. Ja nie mogę się okupić, bo nie mam pieniędzy ani złota. 

Po chwili kobiety z dziećmi znikły z podwórka, zabierając ze sobą garnki, które stały w kuchni i służyły do naszego użytku. 
Czuliśmy, że jesteśmy straceni. Było nam wszystko jedno. Sytuacja i tak była dla nas beznadziejna, ponieważ o niczym nie wiedzieliśmy. Dlatego postanowiliśmy nigdzie nie uciekać. I dobrze zrobiliśmy.

Przed wieczorem przyszło wojsko niemieckie i nas zabrało na komendę, która mieściła się przy placu Unii Lubelskiej. 

Wchodząc, spostrzegliśmy te kobiety, które do nas wskazały drogę. Oczywiście były już mocno wstawione. Tam sprawdzono nam dokumenty, zrobiono protokół i odprowadzeni zostaliśmy przez wojsko do sztabu na pl. Narutowicza. 

Niemcy nie mogli sobie wyobrazić, jak myśmy przez 5 miesięcy tam żyli i skąd myśmy wodę mieli. Oni myśleli, że wszystkich wypędzili z Warszawy, a jednak okazało się, że byli tacy, co zostali i wszystko widzieli, co oni robili.

Ze sztabu odwieźli nas do Pruszkowa. W Pruszkowie byliśmy na komisji lekarskiej. Cała nasza gromadka została zwolniona, ponieważ byli to ludzie przeważnie starsi i słabego zdrowia. Ja jedna byłam wtedy młoda (18 lat) i uważali, że powinnam jeszcze sobie popracować.

3-go stycznia wyjechałam razem z transportem do Berlina. 

4-go stycznia przyjechaliśmy do Berlina. Tam zaczęła się druga tułaczka. 

Ale mimo tego wszystkiego cieszę się, że będąc w takich chwilach niebezpiecznych, żyję i jestem zdrowa. 

Tylko trochę mi przykro, że nie mogę mieszkać w Warszawie. 

Ja, co urodziłam się w niej, wychowałam i byłam do ostatka, żeby zawsze miejsce dla siebie w niej znaleźć. 

[1]Więzienie w koszarach Stauferkaserne przy ul. Rakowieckiej 4 zostało utworzone w pierwszych dniach powstania dla okolicznych mieszkańców Mokotowa. Przez sierpień i wrzesień 1944 r. przez więzienie przeszły tysiące ludzi, a według szacunków w egzekucjach na terenie koszar zginęło ok. 100 osób. Pozostali byli wykorzystywani do niewolniczej pracy. Kierujący garnizonem Martin Patz dowodził też mordami w więzieniu przy ul. Rakowieckiej oraz pacyfikacją klasztoru Jezuitów. Po wojnie został skazany jako zbrodniarz wojenny.
[2]Gmach przy Alei Szucha został wybudowany w 1930 r. jako siedziba Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego według projektu Zdzisława Mączeńskiego, z wnętrzami w stylu Art Deco autorstwa zespołu profesora Wojciecha Jastrzębowskiego. W październiku 1939 r. gmach został zajęty przez Urząd Komendanta Policji Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa, czyli gestapo. Podziemia zostały przekształcone w areszt śledczy, przesłuchaniom towarzyszyły tortury, które często prowadziły do śmierci więźniów. Podczas powstania na Szucha przetrzymywano mieszkańców dzielnic zajętych prze Niemców. Kilka tysięcy osób rozstrzelano w pobliżu gmachu oraz w ruinach budynku Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych. To m.in. z tego miejsca pochodziły prochy spalonych ofiar pochowane w 1946 r. w krypcie na terenie Cmentarza Powstańców Warszawskich. Kobiety i dzieci były wykorzystywane jako żywe tarcze osłaniające atakujące czołgi. Po wojnie w zachowanej części podziemnej gmachu powstało Mauzoleum Walki i Męczeństwa 1939–1945.
[3]18 IX 1944 r. 8 Armia Powietrzna USA wykonała lot zaopatrzeniowy dla Warszawy, akcja miała kryptonim Frantic. Zrzut wykonało 110 bombowców, zrzucono 1250 zasobników. Większość ładunków wylądowała na terenach zajętych przez Niemców. Powstańcom udało się podjąć ok. 300 zasobników.
[4]Kapitulację Powstania, czyli układ o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie, podpisali przedstawiciele Komendy Głównej AK: płk Kazimierz Iranek-Osmecki „Jarecki” i ppłk Zygmunt Dobrowolski „Zyndram”, w nocy z 2 na 3 X 1944 r. Kapitulacja Mokotowa nastąpiła wcześniej – 27 X 1944 r.