Read

Pamiętnik Warszawiaka - Izabella Wciślińska

Autorka pamiętnika Izabella Wciślińska podczas powstania miała 21 lat. W marcu 1944 roku urodziła córkę Barbarę. Mieszkała na Żoliborzu przy ulicy Marii Kazimiery 3 z mężem Józefem i prowadziła w tym samym domu sklep mydlarsko-perfumeryjno-papierniczy. Podczas popowstaniowej tułaczki we wrześniu 1945 roku wraz z rodziną zamieszkała we Wrocławiu, skąd przysłała na konkurs rękopiśmienną, czterostronicową relację, datowaną 25 X 1948 roku. Do Warszawy cała rodzina wróciła w marcu 1949 roku. Izabella Wciślińska rozpoczęła pracę w księgowości w Domu Towarowym przy ulicy Puławskiej, a jej mąż w Zarządzie Nieruchomości Miejskich przy ulicy Marszałkowskiej. Obszerniejszą relację na temat losów wojennych i powojennych Izabella Wciślińska złożyła w Muzeum Historycznym m. st. Warszawy. Została ona wykorzystana w ramach projektu Wypędzeni z Warszawy 1944. Losy dzieci. BANWAR 1944.

Drewniany Marymont[1] już nie istniał. Sterczały tylko kominy, a w powietrzu unosił się gryzący dym spalenizny. Wśród tych zgliszcz i ruin ocalał narożny, murowany dom przy ul. Marii Kazimiery nr 3. Piwnice jego stały się siedliskiem wszystkich pogorzelców, oraz tych, którzy w jego murach szukali ochrony przed pociskami artylerii i miotaczy ognia zwanych popularnie „krowami”. Stali mieszkańcy tego domu, do których i ja zaliczałam się wraz z mężem i kilkumiesięczną córeczką Basią, użyczyliśmy przybyszowi gościny i wspólnie żyliśmy nadzieją bliskiego i szczęśliwego końca tej udręki. Niestety, to były tylko nasze marzenia, nasza wiara, stało się jednak zupełnie inaczej.

Dzień 14 września 1944 roku jakże pamiętny dla wielu mieszkańców Marymontu, w dniu tym, pomimo bohaterskiej obrony przez nasze oddziały powstańcze, wróg przy masowym użyciu artylerii, czołgów oraz poparciu samolotów zajął cały Marymont aż ku terenom Dolnego Żoliborza po domki milicyjne wzdłuż ulicy Potockiej, gdzie został zatrzymany przez nasze wojska.

Nasz dom jeszcze niezajęty, jeszcze żyjemy nadzieją; milkną odgłosy bitwy, gdzieniegdzie tylko słychać pojedyncze wystrzały; złowroga cisza czai się w powietrzu. Wszyscy w stanie zdenerwowania oczekujemy na coś, co ma za chwilę nastąpić. Wśród tej ciszy słychać daleki, ciężki stukot zbliżającego się czołgu. Dudnienie coraz to bliższe, wreszcie turkot cichnie; czołg zatrzymuje się, wybiega z niego i spoza niego kilku żołnierzy Wehrmachtu. Wśród nas ogólne zdenerwowanie. Co robić? – jedni radzą bronić się i zdradzają tajemnicę, posiadają kilka granatów. Inni odradzają, wszak pośród nas znajdują się kobiety i dzieci i nie można ryzykować jakiegoś nierozważnego kroku. Trudna decyzja, nastrój zdenerwowania potęguje się, nie słyszymy nawet odgłosu kroków zbliżających się Niemców; dopiero okrzyk „raus” słyszany przez nas aż w piwnicach, uświadamia nam, że już po wszystkim, że znów znienawidzeni Niemcy są nad nami „władcami”, których sądziliśmy, że już więcej nie ujrzymy. Głos ich jest twardy, rozkazujący, nie cierpiący zwłoki. Zrezygnowani ludzie wychodzą z piwnic na podwórze domu koło pałacyku Królowej Marysieńki (ul. Marii Kazimiery 1). W międzyczasie następuje komedia sprawdzania dowodów osobistych u mężczyzn.

Obawiając się, iż mężczyzn mogą oddzielić od reszty osób i ewentualnie rozstrzelać, oddaję mężowi córeczkę w poduszce, sądząc, że może być ona jego jedynym ratunkiem w ciężkich tych chwilach. 

Coraz więcej ludzi zaczyna zbierać się pod pałacykiem. Niemcy niewidocznie gromadzą się po rogach; ubrani są w mundury pokryte kurzem, oblężeni pasami amunicyjnymi przewieszonymi przez plecy, w bojowych kaskach[2] przybranych zielenią ochronną, twarze złowrogie i ironiczne, widać w nich nienawiść do nas i zawziętość. 

Długo nie czekaliśmy na to, co nam przygotowali. Z czołgu, który znajdował się w odległości od nas około 30 metrów za żywopłotem z krzewów, wyszedł jeden z żołnierzy, popatrzył ironicznie na zgromadzonych pod pałacykiem Polaków w ilości około 60 osób, w której to liczbie było dużo kobiet i dzieci, a następnie wszedł z powrotem do czołgu i – o zgrozo! – nie chcieliśmy wierzyć oczom, lufie nadaje kierunek w naszą stronę.

Widząc śmierć przed oczyma, rzuciło się kilka osób ku wejściu do pałacyku – za tymi gruchnęła pierwsza salwa. Części udało się uratować, lecz kilka osób zwaliło się w przedsionku. Reszta osób, zgromadzonych na podwórzu, chcąc ratować życie, rzuca się na ziemię. Ja czynię to samo, w ostatniej chwili krzycząc do męża: „rzucaj się, a Basię bierz pod siebie!”. Tak też uczynił. 

Kiedy już leżałam, pierwsi trafieni serią z czołgu zbroczeni krwią padają. Przed moją głową leży porzucona przez kogoś duża waliza. Zakrywa mi głowę; staram się ją jak najbardziej wryć w ziemię; obrazek Matki Boskiej ściskam i modlę się. Naokoło słychać niesamowity krzyk dzieci, lament, płacz oraz głosy wołające ratunku „Maryjo, Matko!”. Jednocześnie pociski z dużą siłą odwalają cegły, tynk, szyby i ranią leżących na ziemi. Te sceny dantejskie trwają około 10 minut. Z leżącym o kilka metrów mężem porozumiewam się półgłosem; w pewnym momencie mąż nie daje mi odpowiedzi na pytanie, czy żyje, a potem słyszę tylko: „jestem ranny!”. Nie pytam o więcej. Na mnie pada dwóch rannych, przyciskają mnie ciężarem swych ciał i tym ratują mi życie; sami zaś mają poprzestrzelane nogi i głowę. 

Po skończonej strzelaninie z działa czołgu, jakby jeszcze dla zadokumentowania swego bestialstwa, jeden z żołnierzy niemieckich kładzie się w odległości około 15 metrów pod dużym drzewem lipowym, rozkłada na ziemi automat i sieje serię po serii na leżących. Jest to pucułowaty młody chłopak, przysadzisty, w okularach, urody typowo germańskiej. 

Wreszcie cała ta masakra ma się ku końcowi. Z oddali słychać turkot samolotów, który coraz bardziej się zbliża. To samoloty sowieckie. Od strony Żoliborza strzały pojedyncze przemieniają się w serię. To nasze oddziały próbują kontratakować. Nie mając czasu aby nas dobijać, Niemcy powoli usuwają się na ulicę Marii Kazimiery, w pewnej nawet chwili słyszymy wrzask i krzyk jednego z tych oprawców: „Rettung!”– został raniony. Wracają się i zabierają go ze sobą. Wszyscy ci co ocaleli i ranni leżą bez ruchu; boję się, aby Niemcy nie wrócili i nie poczęli dobijać żyjących. Dopiero o zmierzchu, gdy cisza czas dłuższy panuje w okolicy, ci co ocaleli ukradkiem czołgając się, przesuwają się do przedsionka i wnętrza pałacyku. Obraz straszny i niesamowity. Kałuża krwi, ludzie przed chwilą żyjący z grymasem bólu na ustach i ręką ściśniętą w pięść leżą zabici. W pałacu opatrują jedni drugich; mąż mój ma krwawiącą rękę i zniszczone dwa palce od pocisku działowego. Obwiązuję mu ją chustką. Opatrzność czuwała nad niemowlętami, ani jedno, a było ich wiele, nie zostało ranne. Basia moja żyje, tylko twarz ma zakurzoną od spadającego tynku. Dalszy ciąg tragedii następuje tutaj. Nie mając środków opatrunkowych, nie jesteśmy w stanie ratować ciężko rannych, umierają[3]. 

Około godziny 21-ej słyszymy czyjeś kroki, a następnie głosy pod pałacykiem. Nie wiemy kto to? – chowamy się. Lecz cóż – to głosy polskie. To patrol bojowy sanitarny, który powiadomiony o tej masakrze przybył, aby nieść nam pomoc. Lżej ranni jeszcze pod obstrzałem uciekają na Żoliborz razem z nimi; ciężko rannych stopniowo zabierają na nosze i przenoszą na Dolny Żoliborz do szpitali polowych. I trwa to aż do północy. 

W naturze cisza, spokój, łuny na niebie, milczące zawieszenia broni. I ja też już około północy, tuląc Basię do siebie, biegnę przez pola rowami łącznikowymi na Żoliborz. Przytułek znajduję w dużym szklanym[4] domu przy ul. Mickiewicza. Tu przebywam do rana dnia następnego, skąd w poszukiwaniu rannego męża przedostaję się rowami na ul. Krechowiecką, gdzie odnajduję go w szpitalu. Przebywam tu do końca powstania.

Dzień, dzień 14 września 1944 r. był najtragiczniejszym dniem mego życia; w dniu tym znajdowałam się o włos od śmierci bądź też jakiegoś trwałego kalectwa. 

Wciślińska Izabella
Wrocław, dnia 25/I/1948 rok.
Obecnie zamieszkuję: Wrocław, ul. Nowowiejska 105 m. 6.

[1]Drewniany Marymont – dawna posiadłość królewska z letnim pałacykiem Marii Kazimiery została włączona w granice Warszawy w 1916 r. W okresie międzywojennym teren ten zamieszkiwała głównie uboższa ludność, dlatego większość zabudowy stanowiły domy drewniane, a zabudowa murowana to przede wszystkim jednopiętrowe domki. W latach 30. zaczęły pojawiać się pierwsze kamienice, od 1924 r. na Marymont dojeżdżał tramwaj, dzielnica zaczęła się prężnie rozwijać, ale ciągle jeszcze stanowiła uboższą część Żoliborza.
[2]Autorka ma na myśli hełmy.
[3]Na miejscu egzekucji przy ul. Marii Kazimiery 1/3 umieszczono tablicę pamiątkową. Wśród ofiar egzekucji znalazła się żona oraz syn i teściowa rotmistrza Adama Rzeszotarskiego ps. Żmija, dowódcy żoliborskiego zgrupowania AK o tej samej nazwie. 
[4]„Szklany dom” – budynek przy ul. Mickiewicza 34/36. Powstał w latach 1938–1941 wg projektu Juliusza Żórawskiego. Był najnowocześniejszym gmachem na Żoliborzu – w stylu modernizmu, z charakterystyczną fasadą z poziomymi rzędami okien, opartym na kolumnach w przyziemiu. Podczas Powstania Warszawskiego mieściła się tu kwatera dowódcy żoliborskiego obwodu, Mieczysława Niedzielskiego „Żywiciela”.