Read

Pamiętnik warszawiaka - Godło Kry-Sta [Maria Sicińska]

Pamiętnik rękopiśmienny napisany na potrzeby konkursu przez kobietę w wieku około 80 lat. Autorka Maria Sicińska mieszkała wraz z kuzynką i jej córką Krystyną w domu przy ulicy Łowickiej, na osiedlu należącym do Spółdzielni Urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, były to tzw. Szare Domy. Napisany w sposób bardzo emocjonalny pamiętnik obejmuje okres od września 1939 do 1945 roku.

Część II: Powstanie

1 Sierpień rok 44
[…] Nadszedł dzień 1 Sierpnia. […] 
Nasza Krystyna została zawezwana przez Intendentkę naczelną naszej kuchni do pomocy i nawet na obiad się nie zjawiła. O godzinie 3 p[przed] p[ołudniem] przyszedł brat mojej kuzynki, który chciał u nas poczekać na żonę, która pobiegła do czytelni. Siedzieliśmy na tarasie – nad nieodzowną filiżanką czarnej kawy i jakoś smutno przyglądaliśmy się biegnącej po podwórzu dziatwie i niebywałemu ruchowi – starszej młodzieży. Naraz przed tarasem pojawia się Krystyna i mówi szeptem: „Wujku, gdzie Ciocia? Natychmiast do domu! Za pół godziny – będzie za późno!”. Było w pół do 5-tej. Postawił filiżankę, podał nam rękę mówiąc: Zapewne tu ostatni raz piliśmy kawę! Wybiegł szybko i znikł nam z oczu w sieni wiodącej na Łowicką. Mieszkali na Narbutta. 

Od tej chwili zaczęła się nasza koszmarna 12-to dniowa udręka; byliśmy jeszcze „u siebie” – lecz już bez praw – do niczego, jak się o tem przekonaliśmy w bardzo niedługim czasie. Na razie był smutny entuzjazm. Tak się rwały serca naszych dzieci do walki o swobodę, do wyrzucenia jak najprędzej nienawistnego wroga za progi swej Ojczyzny. 
Byli pełni wiary. Mamy broń – mówili – dowództwo da nam wszystko potrzebne do walki. Taka świetna organizacja. Zaskoczymy Niemców – to przecież kwestia dni! Będą zrzuty! Ameryka, Anglia, Francja na nas patrzą, a przecież armia rosyjska na Pradze wraz z naszym AK i AL nie damy się!
I patrzyłam przez łzy, jak dzieci naszej kooperatywy[1] Ostrowski[2] – Palester[3] – Łoś[4] i dużo innych, których nazwisk nie pamiętam, szli koło wózka z bronią (ach, w jak znikomej ilości była to broń), uważnie [i] z godnością, jak dorośli mężczyźni gotowi do wielkiego czynu. Ci wymienieni po nazwisku nie wrócili nigdy!
Cicho otworzyła się krata wiodąca na ul. Narbutta i przesmutny dla mnie ten pochód – skręcił zaraz za rogiem. Już w godzinę po tem, kule świstały przez obydwa podwórza Spółdzielni. Wpadli Niemcy, surowo zakazując wychodzenia na ulicę. Od tej chwili staliśmy się więźniami we własnych domach. 
Do nas naznaczony został jako dozorca niemiecki oficer, którego nazywaliśmy „tygrysem”, bo miał kurtkę pomalowaną wszystkiemi kolorami tęczy. Był bardzo łaskawy; podobała mu się nasza siedziba. Był młody i opowiadał, że nie należy do „Hitler-Jugend”. Ostrzegał, żeby na terenie spółdzielni broni nie było – na co kazał przysięgać pani S. i ręczyć własną głową. I cóż miała robić? Przysięgała, że „tu” nikt o broni nie myśli. Zresztą, było dużo napływowej ludności, która wysiedlana z najbliższych ulic, tłumnie zalegała wszystkie klatki schodowe i sienie. No! Mówił nasz „tygrys”, pamiętajcie, jeśli się tu jaki bandyta znajdzie, śmierć wszystkim! I odchodził z miną władcy życia i śmierci. 
Na drugi dzień, stawiło się na umówioną godzinę kilkunastu naszych chłopców, w jaki sposób „przesiąkli” do nas, Bóg jeden wie. Miało ich się stawić kilkudziesięciu. Byli pełni zapału i mówili: „Na jutro szykujcie kwiaty i dużo »wsuwy« i niech będzie czem oblać zwycięstwo!”.
Niestety smutno spożywaliśmy przygotowany w nadmiernej ilości posiłek. Tego dnia stawiło się 5-ciu, „Nic to” mówili, mamy co jeść, a tu coraz trudniej się przedostać, będą przychodziły łączniczki, czekajcie pomyślnych wieści! Łączniczki się rzadziej zjawiały, ale chłopców naszych już nigdy nie zobaczyłyśmy. Nocami słuchaliśmy umówionych haseł, jakieś krótkie kwilenia lub głos sowy. 
Z różnych pogłosek dowiadywaliśmy się, że broni mało, mniej dużo, niż ochotników, że 2 granaty i but[elki] benzyny jest całą bronią małego wojaka. 
Z biuletynów przynoszonych przez łączniczki dowiadywaliśmy się o bohaterskich czynach naszej młodzieży, o zniszczonych krowach, tankach i czołgach[5], zniszczonych przez naszych chłopców. […] Coraz więcej napływało do nas, bezdomnej ludności, czekających w trwodze i bólu. Kiedy Ich los okrutny wypędzi z chwilowego wypoczynku. Ludzie, ogłupieni trwogą, żałosny przedstawiali widok; powstańcy nadszarpywali Niemców nieustannie i coraz w innej stronie było słychać ciężkie działa i grzechot karabinów maszynowych. O ruinie Warszawy jeszcze nie mieliśmy pojęcia. Zamknięci w czworoboku ulic: Rakowieckiej – Narbutta – Łowickiej i Fałata, byliśmy zupełnie odcięci od świata. Tylko wieści, podawane przez łączniczki, krzepiły serca – złudną nadzieją. 
Nasz „tygrys” przychodził do spółdzielni już 3 razy dziennie, ponieważ język niemiecki pani S. posiadała najlepiej, bo mówiła pięknym literackim językiem, więc – jak się „tygrys” pokazał – rozlegały się wołania: „Pani Jadwigo! „tygrys” na terenie! I musiała rzucać najpilniejszą robotę, aby, zabawić rozmową – niebezpiecznego gościa. „Gość” jednak był obłaskawiony, nie zdradzał żadnych krwiożerczych zamiarów, owszem, uczył co odpowiadać, jeśliby przyszli inni Niemcy i oznajmiał, że w razie jakich ekscesów przyjdzie nas bronić. Ale nie dowierzaliśmy temu, choć znać było w jego słowach – życzliwość; wiedzieliśmy, że Spółdzielnia podoba mu się, że naprawdę, chciałby ją ocalić przed zniszczeniem. Ale czasem wpadał z drugim oficerem jakiś rozwścieczony i wszyscy w trwodze wołali na pomoc panią S. Przychodziła i swym spokojnym sposobem bycia zmieniała burzliwy temat rozmowy na przyjacielską, salonową pogawędkę na środku ogromnego podwórza. Gdy powracał sam, tłumaczył się, że dla naszego dobra musiał wystąpić w roli gbura. 
Od paru dni wszelkie wieści z Warszawy ustały, tylko nieustanny huk dział, to bliżej, to dalej, oznajmiał, przy grze karabinów maszynowych, że Niemcy nie próżnują. A co się z naszemi dziećmi dzieje? Nasza Krystyna była bliska obłędu z rozpaczy, że z powodu bardzo krótkiego wzroku nie mogła uczestniczyć w walce. Dwoiła się i troiła w gorliwości, pomagając w opatrunkach, roznosząc obiady, zmywając naczynia, bo mieliśmy i rannych, przynoszonych z pobliskich domów. Niemcy też przynosili swoich rannych, surowo nakazując wielkie starania, lecz zabierali ich prędko samolotami do berlińskich szpitali, zwykle tylko pierwsze opatrunki były robione. Doktorzy, z doktorem Loth[6] na czele, dniami i nocami byli na swych stanowiskach. 
Panie, które się nie zajmowały ogólnem gospodarstwem, roznosiły lekarstwa, robiły opatrunki, roznosiły obiady rannym. W ogóle, Czerwony Krzyż na terenie Spółdzielni, działał sprawnie. Mieliśmy w mieszkaniu rannego, który został zraniony kulą w obojczyk, przed naszym domem. Tego osobiście doglądała Krysia. Był to starszy człowiek, rzemieślnik. Jako najpierwszy ranny był specjalnie na naszej opiece. Także co raz inni młodzi mężczyźni kryli się w naszych pokojach. Młodych dziewcząt było kilka, które pracowały ze starszymi paniami. Wychodziły z noszami po rannych, opatrywały rany. Wielkie zmartwienie było w tym czasowym szpitalu Czerwonego Krzyża, gdy ranny przypadkiem młody chłopiec, dostał „tężca” z powodu zanieczyszczonej rany. I umarł biedak w męczarniach. Trzeba było desek na trumnę, o którą musiała się starać pani S. 
Idąc z dwoma panienkami, z zawieszoną na tyczce białą serwetką. Inaczej nie można się było wydostać poza obręb spółdzielni. Cztery bunkry po rogach strzegły nas od „bandytów”, do których rwały się serca. I pod strachem szedł taki pochód, z białą płachtą, a błędnych kul nie brakło po drodze. Nareszcie! Wróciły dźwigając deski i niosąc kilka ulotek, wręczonych im przez Niemców. Ulotki[7], wzywały do „wyjścia na Zachód”, gdzie czeka raj w postaci dobrze płatnej pracy. Nie zbraknie chleba. Zabierajcie tylko rzeczy cenniejsze, wszystko potrzebne znajdziecie na miejscu. Jak głosiły, kłamliwe wezwania do opuszczenia Warszawy. Coraz stawały się cięższe warunki bytu. Jakoś 5 czy 6-go sierpnia w południe wpadło do naszego mieszkania dwóch Ukraińców z nożami w rękach, za nimi pędził „tygrys”. My, przytulone do ścian, patrzyłyśmy z przerażeniem. „Tygrys” zatrzymał ich i pertraktował z niemi po niemiecku. Weszli do sypialni, mówiąc: „rewizja”, ale „tygrys” nam powiedział, że nie mógł temu zapobiec, że to nie rewizja, a rabunek bogatszych mieszkań, a on przybiegł zapobiec jakimś ekscesom i obronić w razie niebezpieczeństwa życia. 
I stałyśmy z nim w kuchni – a Ukraińcy wyrzucali z waliz, przygotowane rzeczy, w przewidywaniu masowego opuszczenia mieszkań. W jednej chwili wnętrza szaf, kredensu i skrytek były wyrzucone na podłogę. Padły ofiarą rabunku wszystkie ciepłe rzeczy, zegarki, trochę biżuterii, reszty ukrytej – nie znaleziono. Wyładowane walizy, w ilości 6-ciu szt[uk] wynieśli Ukraińcy, naiwnie pocieszając: „nie płacz matka – my wziali mało, wsio bieljo ostałoś”. Rzeczywiście, holenderskich obrusów, serwet nie tknięto – ani osobistej, letniej bielizny. 
Mocno podejrzewałam, że „tygrys”, wstydząc się sam rabować, odegrał komedię – że przyszedł na ratunek. 
W następnym dniu przeżyliśmy bardzo bolesny dzień. Już w południe zwróciły uwagę naszą gęste kłęby dymu, wydobywające się z okien „Domu wydawniczego i wypoczynkowego O[jców] Jezuitów”[8]. Było to straszne. Co się stało? Pytali jedni drugich; nasz mechanik, którego 11-sto letni synek[9] tam się znajdował, chciał biec na ratunek syna. Lecz go nie puszczono, gdyż na pewno nie dobiegłby żywy. Wieczorem ogromna łuna dała nam znać – że jakaś tragedia tam się rozegrała. W 3 dni potem, od naocznego świadka, dowiedzieliśmy się prawdy. Jakiś powstaniec, ukryty chwilowo w krzakach ogrodu, otaczającego dom i kaplicę, strzelił do przejeżdżającego auta i ranił Niemca. W jednej chwili hurma Ukraińców znajdujących się w Szkole Wawelberga rzuciła się w stronę Kaplicy. W kaplicy modliło się parę kobiet i mężczyzna. Porwano ich i wepchnięto do piwnic kotłowni i zamknięto. Pobiegli szukać księży. Świadek zajścia wolał się ukryć w przyległej węglarce, wczołgawszy się między ścianę a węgiel. Za jego przykładem poszła jedna z kobiet. Już był czas najwyższy. Ukraińcy wracali z księżmi. Popychając, bijąc kolbami rewolwerów, zaczęli obdzierać księży z zegarków, portfeli. Gdy wszystko pozabierali, zapytali, który z nich jest przełożonym. Wystąpił ks. Kosibowicz[10] „Ja jestem”. Wzięli go między siebie i wyprowadzili. Był z księżmi mały chłopczyk. Ksiądz K. prosił, żeby puścili dziecko do ojca. Krzyknęli „Idi”. A gdy znów zamknęli drzwi (kotłownia miała tylko jedno wejście i wysokie okna). Za chwilę, przez wytłuczone okna, zaczęły padać kule i granaty. W pierwszej chwili księża się rozbiegli, lecz grad kul karabinowych, dokonał dzieła. Z trzech stron oknami waliły granaty i kule. Wszyscy padli bez życia. 
W tym piekielnym chaosie drzwi wiodące do węglarki zatrzasnęły się. Jedna z kul raniła kobietę, która za świadkiem wczołgała się do węglarki. Przez 3 dni leżeli na węglu, bez wody, jedzenia, nasłuchując trzaskania ognia na górnych piętrach i sąsiedniej kotłowni. Drzwi były żelazne, dzięki czemu ogień nie przedostał się do węgla. Gorąco nie do wytrzymania słabło powoli. Po 3 dniach udało mu się po usilnej pracy podważyć kratę i wydostać się z tego piekła; koło 10-tej wieczorem, we drzwiach naszej kuchni, ukazało się czarne wysokie widmo bez twarzy, jękliwy głos, poprosił o wodę: „Wracam od Jezuitów!”. Porwaliśmy się przerażeni. Znalazło się dużo wody ciepłej, mydła, prześcieradeł, gdy wreszcie wyszedł z łazienki i napił się gorącego mleka, popłynęła makabryczna opowieść. Ukraińcy 6 razy podpalali dom wydawniczy wraz z kaplicą i ciągle pożar wygasał, a jak mówi legenda wśród zwęglonych ciał pomordowanych Ojców, biała ręka nietknięta ogniem sterczała błogosławiąco.
Według relacji pana K. 16-tu księży, 1 chłopiec i kobieta, zostali zamordowani. Ta, która się ocaliła, choć ranna, dzielnie dotrwała, aż jej pomógł się wydostać, gdzieś rowami, zniknęła mu z oczu. 
Opis ten podaję, jak go usłyszałam od p. K. naocznego świadka, nie upiększając, ani nie dodając nic. W wiele miesięcy później dowiedzieliśmy się, że śp. ks. Kosibowicz został zamordowany w ogródkach działkowych i tam czasowo został pochowany. Pan K. przebywał z nami aż do wysiedlenia ze spółdzielni. 
Zaraz, tej samej nocy, zaczęli walić w drzwi kolbami rewolwerów Ukraińcy „dlaczego drzwi zamknięte”, z pretensją mówili: My musimy mieć wolne wejście do każdego mieszkania. Wpuszczeni, zaczęli sprawdzać dokumenty. Przyszli do mnie, odpowiedziałam, że ja za stara na dokumenty, ale mam kennkartę w kieszeni swetra, weźcie ją sobie. Lecz nie sprawdzali. […] Spokojnie poszli do pp. Reklewskich. Tam była kobieta z dwoma nieletnimi córkami, wysiedlona ze Śródmieścia. Dziewczynki miały jedna lat 10 – druga 13. Wyrzucili wszystkich z mieszkania. Nie pomogły prośby. Wszystkich wyprowadzili do piwnicy i zamknęli na klucz, zostawiając w mieszkaniu, tylko 13-letnią dziewczynkę. Po zabawieniu się poszli, skąd przyszli, nie wypuszczając z piwnicy zamkniętych. Gdy ucichł odgłos kroków tych zwierząt, pospieszyłyśmy uwolnić zamkniętych. Na górze płakało biedne dziecko. […] 
Rosyjskie działa zaczęły się oddalać z zasięgu naszego słuchu i hiobowe wieści o zwycięstwach Niemców stawały się coraz częstsze. Wieści te były kłamliwe. „Szmatławiec”[11] zachłystywał się wiadomościami, jakie to straty ponoszą Alianci, ale Niemcy tylko się cofają na upatrzone z „góry” stanowiska. I tak mijało długich dni 12-cie, w których nie byliśmy już panami naszych mieszkań. Drzwi były stale otwarte, bo z wyższych pięter przychodzili lokatorzy na parter, gdzie było bezpieczniej. Zresztą i woda nie dochodziła wyżej i kuchnia nasza była stale czynna. 
Tu na parterze koncentrowało się życie 3-piętrowej klatki schodowej. Tu małe dzieci jadały obiady i wszelkie posiłki, tu starsi gotowali dla swoich rodzin, tu się też mieścili lżej ranni i ci, których trzeba było ukryć. Siostry Czer[wonego] Krzy[ża] miały tu swój „punkt” wypoczynkowy; do mnie znoszono po trochu mąkę „z zapasów” z prośbą o upieczenie bułek dla starców i dzieci. Piekłam blachy za blachami, szczęśliwa, że nie jestem wykluczona z grona pracujących. […] 
Na drugi dzień zjawił się w południe nasz nowy „opiekun”, […] zjawił się 12-go o 11-tej w południe w pełnej gali z rozkazem natychmiastowego opuszczenia Spółdzielni! Kto nie widział tej wstrętnej mordy dzikiego zwierza, gdy nam oznajmiał, że mamy wychodzić natychmiast, bo za godzinę zaczną palić i burzyć, jak nam się zęby obnażały z wściekłości, gdy nas zapewniał, że z całej Warszawy kamień na kamieniu nie zostanie, a na miejscu, gdzie istniała, będzie wmurowany słup z napisem: Tu była kiedyś Warszawa!
Daj mu Boże, aby po zdobyciu dzisiejszego Berlina dali go nam do uprzątania gruzów. 
Musieliśmy się spieszyć bardzo, gdyż z górnych pięter[, z] już opuszczonych mieszkań, zaczęły nam lecieć szyby na głowy, wybijane siekierami i młotkami „pożyczonemi” od nas. 
Z ostatniej chwili wyjścia zupełnie sobie zdać sprawy nie umiem. Pamiętam gorące pragnienie posiadania granatu, aby go móc cisnąć w znienawidzony łeb wroga! […]
Wychodziliśmy całą gromadą około 200 osób, ociągając się jeszcze w jakiejś głupiej nadziei, a może? 
Z tłomoczkami, na wózkach z pakunkami, bo walizy odbierano, szła ta pielgrzymka w „nieznane” na głód, poniewierkę i tułaczkę, wśród dymów płomieni i gradu kul nad głową. Szliśmy bez myśli, nie wiedząc, dokąd zmierzamy i czy znajdziemy kąt, aby złożyć umęczone głowy. Za nic nie chcieliśmy się dać wypędzić z Warszawy. Naiwni! Chcieliśmy na Jej gruzach trwać. Wszędzie posterunki niemieckie, zawracały „na zachód”. 
Lecz jakoś nam się udało wymknąć z nastawionych sieci, bośmy doskonale wiedzieli, jakie rozkosze czekają nas u kresu wskazywanej drogi, najbliższy obóz tymczasowy, pod gołem niebem, odebranie resztek mienia i wysłanie do obozów pracy, a raczej śmierci. 
Nam trzem udało się wymknąć bokiem, do willi mego kuzyna na Kieleckiej, gdzie jeszcze było spokojnie. To pierwsze opuszczenie własnych pieleszy było najboleśniejsze […] 
Niestety, willa w której znalazłyśmy schronienie, znalazła się na linii ostrzału. Kule latały nam nad głowami, ciągle ryczała „krowa” ustawiona pod oknami. Po czterech dniach tego „spokojnego” odpoczynku, wpadli Ukraińcy z okrzykiem „Za 5 m[inut] precz”. Złapaliśmy, co się dało i znów otwarta droga do tułaczki. Tym razem znaleźliśmy przytułek w willi pp. Raczyńskich przy Łowickiej. Z okien klatki schodowej mogłam się napatrzeć do syta, jak mienie mego kuzyna ulatuje z dymem. 
Zaczęło się na dobre życie koczownicze. Kupić nic nie było można, więc nasza Krystyna stała się nagle „głową rodziny”. Więc chodziło „toto” na bezpańskie pola, przynosząc kartofle, fasolę, pomidory i wszelkie zieleniny, prawie zawsze z narażeniem życia. Wychodziła rankiem, gdy było zupełnie spokojnie, a najczęściej, już na polu, karabiny maszynowe starały się przeszkodzić ludziom w zdobywaniu żywności. […]. Zauważyłam, jak organizm ludzki bywa odporny, nawet w obliczu śmierci. Ponieważ w ogrodzie przy willi były pomidory, dojrzałe, [by] uciąć je, zbierano [je] i duszono, składano do butelek na zimę! W dwa tygodnie później stały się pastwą płomieni. Zaznaczyć muszę, że pp. A. bardzo gościnnie przyjęli pogorzelców, oddając prawie cały dom na usługi przygodnych gości, ofiarując kuchnię i węgiel do gotowania. […]
22 Sierpień. Wiadomości rozpaczliwe. Bolszewicy odrzuceni podobno dość daleko. Niemcy szaleją. Ustawili krowy, tygrysy[12], burzące maszyny i walą do domów poprzez naszą willę w aleje Niepodległości. Wybijają nam szyby w otwartych oknach. […]
Bolszewicy znów blisko. Nasi chłopcy przypuścili szturm od Madalińskiego. Działa huczą coraz bliżej. Gdybyż się teraz udało! 
Niestety, na nic wysiłki chłopców. Znów odparli Niemcy ataki na Warszawę. Podobno samoloty zrzucają paczki z bronią i żywnością, lwia część spada na terytoria zajęte przez Niemców i chłopcy nie zawsze mogą je odebrać. W mieście głód, Niemcy mają w bród żywności. Znów szaleją. Szpital Elżbietanek zrównali z ziemią wraz z chorymi. 40 zakonnic i sanitariuszek zamordowali. […][13]
Paryż wzięty! Tam powstanie trwało 4 dni. Boże![14] Kiedy sprawiedliwość i pokój zawitają do nas. Dzisiejsza noc była straszna w swej grozie. We wszystkich kierunkach lecą kule i pociski. Nasze schronisko zdaje się uginać pod hukiem pękających szrapneli. Głowa pęka. Ranek nie przyniósł zmiany; już prawie tydzień nie wychodzimy z domu, gotować nie ma co. Na świecie, cudne nasze lato, a my, zupełnie jak w lochu, z pozamykanemi okiennicami, więźniowie za czyje przewinienia. Ciągle nas nachodzą uzbrojeni Niemcy i Ukraińcy, co parę godzin – nowa banda. Namawiają do podróży, chcą dać konie do Włoch czy Pruszkowa, wobec tego, że dużo między nami chorych. 
Mówią: tu śmierć się czai na każdym kroku. My właśnie chcemy umierać tu i nie chcemy wyjeżdżać z Warszawy. Przychodzą wieczorem Ukraińcy i oznajmiają, że jutro nas usuną. Trudno, czekamy jutra. Ci co grozili, odeszli. 6-ta rano. Ucichły trochę strzały. Wymykając się na pola nasze karmicielki wracają obładowane. Nikt nie strzela. Próbują jeszcze wyjść na pomidory. Zaszczekał karabin maszynowy. Wracają chyłkiem. I znów cisza. […]  
Zdarzył się naszej Krystynie niemiły wypadek. Jedna z kobiet gotujących w kuchni, potknęła się i wpadła na rozpaloną płytę. Strasznie oparzyła rękę. Co robić? Wyjść nie wolna 11-ta w południe, a doktor w sąsiedniej willi. Krystyna decyduje się iść po opatrunki, bo sama jako sanitariuszka może zrobić opatrunek. Po pół godzinie wraca spłakana; rzucamy się do Niej. Co się stało? „Ukraińcy mnie złapali w ogródku, którym przechodziłam”, odpowiada i chcieli mnie zaprowadzić do Staufernkazern’y. Jako że wyszłam w zakazanym czasie. Mówi jeszcze, że ten co z Nią rozmawiał był porucznikiem. Że go prosiła, żeby ją puścił, bo ma chorą na serce matkę i jest jedyną jej opiekunką. W końcu podała mu złoty zegarek, który miała ukryty w torebce, ostatnia po ojcu pamiątka. Chwila wahania, no i wziął, i pozwolił odejść. Odchodziła wolno, aby nie okazać jak się bardzo boi, bo straszył ją szpadą wyjętą z pochwy i pytał: boisz się? Gdy skręciła ze ścieżki, pędem wpadła do domu i tu się dopiero rozpłakała. Mówiła, że cały czas rozmowy, trzymała go na uwięzi, patrząc mu prosto w oczy. No i to, że niosła opatrunki miało swoją wagę. Za jakieś dwie godziny zauważyliśmy dwóch Ukraińców, zbliżających się do furtki. Krystyna poznaje swego napastnika. Czem prędzej owiązałyśmy jej głowę i położyłyśmy między stare kobiety, jako chorą na dyzenterię. No i przyszli jej szukać. Znaleźli ranną, lecz jej nie znaleźli, powiedzieliśmy, że to była sanitariuszka z sąsiedniego domu. Jeszcze 2 dni jej szukali. 
Wrzesień 6-go. Znów chodzić rano nie wolno. Przyjechał jakiś major niemiecki. Zmieniają pozycje dział, czołgi i krowy ustawiają koło naszej willi. Zaczynają szczekać karabiny maszynowe. Godzina 12-ta. Nagle popłoch. Idą! Wchodzi banda Ukraińców i Niemców. Fünf minuten weg! Jesteśmy w trakcie przygotowania obiadu, trochę zagospodarowani w ciągu paru tygodni; zostawia się znów różne rzeczy i na gwałt się zbiera torebki, tłomoczki i znów, ubożsi o kilka niezbędnych przedmiotów, znajdujemy się przed domem, śród kul fruwających w różnych kierunkach, szczęściem lecących górą. Tym razem już nie wiemy, gdzie skierować nasze kroki. Na każdym rogu żołnierz wskazujący drogę na zachód. Są między nami chorzy. Siadają pod płotami. Kulki lecą trochę niżej. Pertraktujemy z żołnierzami, bo w głębi ulicy widać parę całych domów. Tłumaczymy: chorzy. Nic nie pomaga. Starają się oddzielić od nas dziewczęta. Nareszcie! Jedna z willi otwiera gościnnie wrota, wychodzą białe sanitariuszki z noszami i doktor z żoną. To „punkt” Czer[wonego] K[rzyża] doktora Biedy. Zabierają chorych, a przy chorych przemycają zdrowych jako pomocników w prowadzeniu. Jedna z licznych chorych, pokazuje termometr 40° gorączki! Mnie jako ledwo wlokącą się prowadzi doktorowa do zbawczej przystani. Idę wspominając z żalem rzuconą gdzieś pod płotem resztę swego „majątku”, nie mając siły nieść dalej. Było nas osób dwadzieścia parę; w niespełna godzinę już byliśmy rozlokowani w pokojach i nakarmieni doskonałą zupą. Odtąd aż do końca naszego tam pobytu, czerpaliśmy z zapasów doktorostwa dla wszystkich. Ci, co mieli jeszcze zapasy, dodawali je do ogólnej kuchni. Stworzyliśmy kolejność pracy: panie Ł. R. S. zajęły się gotowaniem na zmianę, gotowaniem zup obiadowych. Do mnie należały śniadania – czasem kolacje. […]
Pan Ł. Nosił wodę i węgiel z piwnicy na 3-cie p[iętro]. W noszeniu wody pomagała mu dzielnie nasza Krystyna. Każdy starał się czemś przyczynić – do ogólnego dobra. […]
To było parę spokojniejszych dni, lecz już około 15 IX zaczęło się piekło! Znów, trzeba było nocować w piwnicach, a w dzień z narażeniem życia, na 3-cim piętrze gotować obiady literalnie pod kulami. Nie raz trzeba było padać na ziemię lub chronić się we wnęki, gdyż kule leciały nad garnkami. 
Wchodząc z sieni, do kuchni, została zraniona w obojczyk pani R. jedna z gotujących. 
Niemcy ustawili karabin maszynowy w ten sposób, aby kule leciały na róg naszego domu i w okno od korytarza. Toteż ani w dzień, ani w nocy nikt nie był pewny życia, gdyż korytarz był główną arterią ruchu, gdyż prowadził do kuchni, łazienki i sieni. I nasz system słuchowy zdał egzamin, bo o tak dzikim hałasie ten tylko może mieć wyobrażenie, kto to przetrwał!
Żyliśmy w tem piekle przeszło 4 tygodnie nawiedzani przez liczne bandy maruderów, dziwiących się, skąd tu na linii boju, tyle chorych. Gdy nadchodzili, wszystko, co żyło, kładło się na łóżka, sienniki, kanapki i… chorowało na biegunkę, a starzy nieuleczalni, gdyby nie częste zmiany wojska, doskonale by się zorientowali, że te „ciężko” chore osoby, gdy jest chwila spokoju, wypełzają do ogrodu, po kartofle, pomidory, jabłka, co jednak bardzo nam utrudniał – karabin maszynowy. […] 
Następnego dnia przyszedł doktor niemiecki w randze majora na inspekcję. Wszyscy jak zwykle leżeli, tylko panie Ł i S. chodziły jako pielęgniarki. Popatrzył i powiada do naszego doktora. Po co ten „gnój” trzymać, tych, co mogą chodzić, odesłać do obozu, a dla leżących przyślę panu zastrzyki na … wykończenie! 
Doktor B. odrzekł: Ja, panie majorze, przysięgałem walkę o życie, ze śmiercią i honor lekarza nie pozwala mi tego uczynić – i religia – zabrania uśmiercać ludzi! Nieopisana pogarda na twarzy niemieckiego truciciela: Ah, religia, rzekł tylko… Ten sam major, w kilka dni później, przysłał kilkanaście furmanek, które nas wywiozły z ulicy Karłowicza na Okęcie do baraków Czer[wonego] Krzyża. 
Był koniec września 44 r. 
Pamiętam ten dzień chmurny i posępny. O 10-tej rano zajechały furmanki. Ugotowałyśmy ostatnie śniadanie i z ciężkim sercem zbierałyśmy ten nędzny „dobytek”. Smutne myśli towarzyszyły tej robocie. Jechałyśmy, nie bardzo wiedząc, dokąd. Do Pruszkowa mówili. Jechaliśmy bez żadnego konwoju. Nasi woźnice wydostawszy nas z domu na furmanki, zaczęli rabować i ledwo po godzinie 2-ej wyjechaliśmy w drogę. Właśnie zaczął siąpić deszcz. Nie było już mowy o jechaniu dalej. O 6-tej zajechaliśmy na Okęcie i tu nas „wysypano” do baraków Czer[wonego] Kr[zyża] zmokniętych do nitki. 
Tu się zaczęły inne czasy. Byliśmy za drutem kolczastym. Niemcy naokoło, ale do nas nie zaglądają. Siostry szarytki gotowały zupy bez okrasy, bo Niemcy tłuszczów nie dawali. 
Już teraz zeszliśmy na miłosierdzie publiczne. Zapasy gotówki zaczęły się wyczerpywać. Złota prawie nikt nie miał. Ukraińcy się o to postarali. Okres ten był okresem wyczekiwania na to, co będzie. 
Była cudna jesień polska, nie dla nas, bo tylko można było krążyć koło baraków. Pielęgniarki były po jednej w każdym baraku. Było dużo obłąkanych lub trochę pomylonych, a każdy z osobna, to jakaś krew ścinająca w żyłach tragedia. Np. była ze mną staruszka 80-cio letnia, której 2 wnuczki, które z nią uciekały, porwali Mongole i uprowadzili do lasu. Nieletnie były. Takich i podobnych tragedii nasz Kraj ma miliony, a ci, co są zupełnie zrujnowani fizycznie i moralnie, lecz nie rozłączeni z ukochanymi, są prawie szczęśliwi. 
W barakach zaczęli nas odnajdywać krewni i znajomi, którzy tak jak my, dostali się do baraków albo ocaleli na podstołecznych osiedlach, jeszcze nie ewakuowanych przez Niemców. O, bo Niemcy, poskromiwszy powstanie i wysiedliwszy ludność, mieli dużo do spełnienia. Trzeba było zniszczyć Warszawę! […] 
W końcu października rozchorowałam się na biegunkę i przeniesiono mnie do zakaźnego baraku i tylko dzięki opiece dr[.] Palestra[15] i sanitariuszki p. Jadwigi piszę obecny pamiętnik. Jeszcze chorą, za staraniem p. S. przeniesiono mnie do Szpitala Czer[wonego] K[rzyża], który się mieścił w budynku spółdzielni oficerskiej sprzed wojny. Tam dopiero pod opieką Doktorostwa Wita [?] przyszłam powoli do sił. Niepodobna zamilczyć o staraniach i wielkiej troskliwości obojga doktorostwa, o bieganiu z 1-go piętra na 3-cie po kilkanaście razy dziennie, to z okładem, to z kleikiem dla chorych. A pani S., z chorem sercem, na wyścigi biegająca, by przynieść ulgę cierpiącej! I tak, jak w ogniu hartuje się stal, tak charaktery ludzkie szlachetne osiągają najwyższą doskonałość w ogniu cierpienia. […]


[1]Kooperatywa, czyli Spółdzielnia Budowlano-Mieszkaniowa Urzędników Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, powstała w 1927 r., budowla osiedla trwała do 1932 r. Budynki powstały na terenie dzielnicy Mokotów między ulicami Akacjową, Rakowiecką, Fałata i Narbutta. Osiedle zaprojektował architekt Jan Stefanowicz w stylu modernizmu funkcjonalnego. Głównym wyznacznikiem osiedla jest użycie szarej cegły cementowej na elewacjach, stąd nazwa osiedla „Szare Domy”. Na terenie osiedla znajduje się duży teren zielony, a w budynkach mieściły się sklepy, kawiarnia i jadłodajnia, pralnie oraz prywatna szkoła pod patronatem spółdzielni. Podczas okupacji wiele mieszkań wykorzystywano w celach konspiracyjnych oraz do tajnego nauczania, ukrywano też Żydów, m.in. Władysława Szpilmana. Obecnie osiedlem zarządza spółdzielnia „Szare Domu”, a cały zespół został wpisany do rejestru zabytków w 1992 r.
[2]Kazimierz Ostrowski, strz. w 1 kompanii zgrup. „Kryska”, ps. Świeży, urodzony ok. 1926 r., zginął 18 IX 1944 r. przy ul. Wilanowskiej.
[3]Krzysztof Palester ps. Krzych, ur. 18 VI 1923 r, żołnierz 1 komp. 1 pluton bat. „Parasol”, odznaczony KW, zginął 21 IX 1944 r. na Czerniakowie.
[4]Krzysztof Jan Łoś ps. Łotr, ur. 1920, komp. Sztabowa zgrup. Kryska, poległ 20 IX 1944 r. na ul. Wilanowskiej.
[5]„Krowami” nazywano podczas powstania wyrzutnie pocisków, ostrzał prowadzono z głębi pozycji niemieckich, nie mogły więc być niszczone przez powstańców, określenia tanki i czołgi używano naprzemiennie.
[6]Edward Loth (3 VIII 1884 – 15 IX 1944) dr medycyny i filozofii, profesor UW, pułkownik, lekarz Wojska Polskiego. W okresie okupacji członek AK, pracował w szpitalu Ujazdowskim. Na początku powstania stworzył lazaret w piwnicach budynku przy ul. Fałata 4. Zginął wraz z żoną i córką pod gruzami domu przy ul. Tenisowej.
[7]Niemcy kilkakrotnie rzucali z samolotów ulotki wzywające ludność do opuszczenia miasta, ale z pewnością nie pierwszego dnia powstania, jak sugeruje chronologia przedstawiona w pamiętniku.
[8]Relacja autorki zawiera błędy chronologiczne. Egzekucja zakonników i osób cywilnych w klasztorze Jezuitów przy ul. Rakowieckiej nastąpiła 2 sierpnia w godzinach południowych. Zbrodni tej dokonała grupa niemieckich żołnierzy z formacji SS. Zginęło 35 osób, w tym około 8 kobiet i jeden chłopiec. Część rannych udało się uratować i ewakuować na teren spółdzielni Szare Domy do placówki szpitalnej.
[8]Zbyszek Mikołajczyk, lat 10, mieszkaniec osidla Szare Domy został zamordowany podczas pacyfikacji klasztoru Jezuitów.
[9]Edward Kosibowicz (13 XII 1895 – 2 VIII 1944) – znany kaznodzieja, przełożony klasztoru jezuitów przy ul. Rakowieckiej w latach 1936–1944. W okresie międzywojennym współpracował z wieloma czasopismami katolickimi, kierował Domem Pisarzy Towarzystwa Jezusowego oraz Wydawnictwem Księży Jezuitów. [10]Podczas okupacji współpracował z Polskim Państwem Podziemnym, prowadził studium teologii dla kleryków i tajne wykłady z etyki dla lekarzy. 2 sierpnia 1944 roku po wyprowadzeniu z klasztoru przez SS-manów został zamordowany strzałem w tył głowy z zbiegu ulic Andrzeja Boboli i Rostafińskich. Ekshumowane po wojnie ciała ofiar egzekucji pochowano w podziemiach kościoła. 
[11]Potoczna nazwa „Nowego Kuriera Warszawskiego” – wydawanego przez władze Generalnego Gubernatorstwa po polsku dziennika informacyjno-propagandowego. Wychodził od października 1939 do stycznia 1945 r. 
[12]Czołgi niemieckie tzw. tygrysy podczas powstania były używane, acz w niezbyt dużej liczbie, do ostrzału na dystans. Do walk ulicznych Niemcy używali mniejszych czołgów typu Panther.
[13]Szpital Elżbietanek przy ul. Goszczyńskiego został zdobyty przez powstańców na początku sierpnia, chorymi zajmowały się siostry zakonne i sanitariuszki oraz medycy pułku „Baszta”. Od połowy sierpnia szpital był ostrzeliwany. Największy atak artyleryjski i lotniczy miał miejsce 29 VIII 1944 r., zginęło wtedy ok. 200 rannych, ludności cywilnej i personelu medycznego szpitala. Do końca powstania na Mokotowie szpital działał w piwnicach.
[14]Wzniecone przez francuski ruch oporu powstanie w Paryżu trwało od 19 do 25 VIII 1944 r. Powstańców wsparły alianckie armie Wolnych Francuzów gen. De Gaulle’a oraz amerykańska 3 Armia gen. Pattona, która na wieść o wybuchu walk w Paryżu zmieniła plany strategiczne i ruszyła na pomoc walczącemu miastu. Garnizon niemiecki poddał się. 26 sierpnia w stolicy Francji odbyła się zwycięska defilada.
[15]Doktor Henryk Palester (8 X 1869 – 19 XI 1944) – lekarz, epidemiolog. We wrześniu 1944 r. wraz z żoną przy ul. Fałata 4 zorganizował punkt sanitarny potem zmieniony na szpital Czerwonego Krzyża, a następnie na Zakład dla Dzieci i Chronicznie Chorych. Zginął w listopadzie 1944 r. przejechany przez niemiecki samochód wojskowy.