Dec. 1, 2021 | Zofia Rojek

Wokół wystawy "Niewidoczne. Historie warszawskich służących"

Zdjęcie kompilacyjne przedstawiające stare żelazko leżące na białym płótnie

O warszawskich służących i niewidocznej pracy kobiet pisze Zofia Rojek – kuratorka wystawy, która odwraca głównonurtową narrację historyczną.

W dwudziestoleciu międzywojennym około 40 tysięcy młodych kobiet co roku sprzątało, gotowało, prało i prasowało w wielu warszawskich mieszkaniach. Wykonywały najniżej wynagradzaną i pogardzaną pracę, bez której mieszczańskie rodziny nie mogły funkcjonować. 

Wystawa "Niewidoczne. Historie warszawskich służących" to herstoryczna, uwzględniająca dziejową rolę kobiet opowieść, która czyni ze służących centralne bohaterki narracji o mieście. Skupia się na pracownicach do wszystkiego – bez wyraźnej specjalizacji, najchętniej zatrudnianych przez średnio zamożnych mieszczan. 

Na ekspozycji pokazane zostały procesy poszukiwania pracy i standardy zatrudnienia, relacje z pracodawcami, codziennie wykonywane czynności oraz reprezentacje służących w kulturze wizualnej. Zaprezentowano ok. 400 obiektów, z czego ponad połowa pochodzi z kolekcji Muzeum Warszawy. To głównie gromadzone przez lata sprzęty codziennego użytku: urządzenia stosowane w gospodarstwie domowym, stołowe srebra i platery, ubrania, bielizna i biżuteria, ale też fotografie, grafiki i rysunki. Współczesna część została opowiedziana za pośrednictwem realizacji współczesnych artystek: Jadwigi Sawickiej, Weroniki Gęsickiej i Marty Nadolle. 

Wystawa prezentowana w Muzeum Warszawy od 18 listopada 2021 roku do 20 marca 2022 roku pokazuje, że służące były stale obecne w miejskiej codzienności – na drugim planie, w tle mniej lub bardziej znaczących wydarzeń. Zawsze zajęte, ciągle w pracy.

Kim były służące?
Zdecydowaną większość wśród pracujących w Warszawie w XIX i na początku XX wieku służących stanowiły nastoletnie dziewczyny[1] i bardzo młode, niezamężne kobiety, pochodzące z okolicznych wsi i sztetli. Rodziły się w wielodzietnych rodzinach, od najmłodszych lat były przymuszane do ciężkiej pracy fizycznej, często przez długi czas żyły w skrajnym ubóstwie. Wyjazd do Warszawy i podjęcie „obowiązku” (jak potocznie nazywano odpłatną pracę domową) często stawały się jedyną możliwością ucieczki od śmierci głodowej oraz zapewnienia rodzinie nieznacznej pomocy finansowej. 

Samotnie podróżujące młode kobiety były narażone na kontakt z alfonsami i handlarzami ludźmi, którzy podstępnie zmuszali je do „białego niewolnictwa”, jak określano w dwudziestoleciu międzywojennym przymusową pracę seksualną. Było to bardzo silnie skorelowane z pracą w charakterze służącej: przyszłe prostytutki najczęściej rekrutowano na dworcach kolejowych i w pociągach, obiecując im intratną posadę pomocy domowej lub osobistej pokojówki w domu zamożnej „hrabiny”. W efekcie nieświadome niczego, niepiśmienne i nieletnie ofiary trafiały na wiele lat do domów publicznych, w których trzymano je przemocą, również ekonomiczną, opierającą się na spirali wyimaginowanego zadłużenia.
 

Adolph Ludolphi, Przenośny piecyk naftowy, pocz. XX w.

Adolph Ludolphi, przenośny piecyk naftowy, pocz. XX w.

Jak dziewczyna stawała się służącą?
Kobiety szukające pracy w charakterze służącej do wszystkiego miały kilka możliwości znalezienia zatrudnienia. Te, które potrafiły czytać i pisać, mogły wertować ogłoszenia w prasie codziennej lub za drobną opłatą umieścić własny anons. Analfabetki (których niestety była zdecydowana większość) były skazane na korzystanie z pomocy tzw. biur stręczeń lub rajfurek, pobierających prowizję zarówno od zatrudniającej rodziny, jak i zatrudnianej służącej. Równie powszechnymi sposobami było posługiwanie się pocztą pantoflową lub szukanie pracy wprost na ulicy. 

Te z nich, które już wcześniej pracowały w Warszawie, mogły być ocenione dzięki wpisom w książeczkach służbowych – dokumentach, którymi musiały posługiwać się wszystkie pracownice domowe. Książeczki miały charakter dyscyplinujący, ale tylko dla służących – jedna negatywna uwaga mogła przekreślić szanse na jakiekolwiek późniejsze zatrudnienie. Nie było za to żadnego systemu sprawdzania uczciwości domów przed podjęciem zatrudnienia ani żadnych mechanizmów obrony służby przed biciem, poniżaniem, przeciążaniem pracą i molestowaniem seksualnym.

 

Praca totalna służby domowej
W domach chlebodawców służące spały zazwyczaj bezpośrednio w kuchni, w bardziej luksusowych mieszkaniach miały do dyspozycji niewielki, zazwyczaj ciemny i pozbawiony jakichkolwiek wygód pokoik przy kuchni, zwany potocznie służbówką. Jadały kiepsko, dość prosto, zarabiały jeszcze gorzej: standardowa pensja służącej w dwudziestoleciu międzywojennym wynosiła ok. 15 zł miesięcznie, co stanowiło ok. 5 proc. średniej urzędniczej pensji. 

Pracowały po kilkanaście godzin dziennie – ich dzień rozpoczynał się około 6 rano czyszczeniem butów państwa, a kończył grubo po 22 zmywaniem naczyń i porządkowaniem kuchni. Codziennie powtarzane obowiązki służącej polegały na ścieleniu łóżek, sprzątaniu, zmywaniu, czyszczeniu wszystkich domowych powierzchni, prasowaniu, gotowaniu, podawaniu do stołu, ścieraniu kurzy, trzepaniu dywanów, maglowaniu bielizny, cerowaniu dziur, opiece nad dziećmi i starszymi domownikami oraz robieniu zakupów spożywczych. Do tych wszystkich zadań dochodziła jeszcze pełna dostępność emocjonalna i stała gotowość do przyjęcia kolejnej, nawet najbardziej absurdalnej dyspozycji. Zgodnie z dawnym, angielskim przysłowiem ich praca „nigdy się nie kończyła”. Była też kompletnie niezauważalna – dopiero jej brak sprawiał, że mieszczański dom przestawał „normalnie” funkcjonować.
 

Służące i ich panie
Opieka i zarządzanie służbą domową w końcu XIX i na początku XX wieku było wyłącznie domeną kobiet. W zależności od sytuacji osobistej, prawnej czy majątkowej stawało się to źródłem wielu rozbieżności i problemów osobistych, mających często przełożenie na dyskurs publiczny, a także będących źródłem bardziej złożonych konfliktów klasowych i ekonomicznych. 

Kobiety z klas posiadających, mimo postępującej emancypacji, pełniły głównie funkcję organizatorek życia domowego. Były żonami i matkami, zawodowo zajmowały się reprodukowaniem codziennego życia: delegowały obowiązki, pilnowały ograniczonego budżetu, planowały posiłki i rozkłady zajęć wszystkich członków rodziny. Wykonywały pracę, którą dzisiaj nazwalibyśmy „menadżerską”: koordynowały wykonywanie zadań od kilku do kilkunastu osób, jednocześnie nie mając jakiejkolwiek rzeczywistej władzy. Były w całości zależne od swoich mężów – w głęboko patriarchalnym społeczeństwie mieszczanki nie zarabiały własnych pieniędzy, a czynne i bierne prawa wyborcze uzyskały dopiero w 1918 roku. Jednocześnie, przewiązane gorsetami sztywnych, moralnych zasad musiały dostosowywać się do niezwykle represyjnych obyczajów. Zazwyczaj całą swoją złość, frustrację i napięcie wywołane presją społeczną wylewały właśnie na służące, które – nienawykłe do miejskich zwyczajów – bezpardonowo komentowały zachowanie chlebodawczyń. Z kolei ich przeciążenie obowiązkami, niska pozycja społeczna, pogardliwy stosunek do pracy, którą wykonywały, i wyzysk sprawiały, że stosowały bierny opór, a to skutkowało narastaniem nieporozumień.
 

Seks i przemoc w życiu służących
Relacja służącej z pracodawczynią nie należała do łatwych, jednak to właśnie stosunek służbowy, zachodzący pomiędzy panem domu a młodą kobietą należał do najbardziej opresyjnych. I – jednocześnie – mających ogromny, często dewastujący wpływ na ich przyszłe życie. 

W 1904 roku Izabela Moszczeńska wydała książkę zatytułowaną Czego nie wiemy o naszych synach. Publicystka przeprowadziła szereg rozmów z młodymi mężczyznami (głównie studentami), z których wynikało, że zdecydowana większość z nich ma już za sobą pierwsze kontakty seksualne. Jak mówili sami respondenci, przebiegały dość „typowo” – ze służącą lub prostytutką. Lekceważący stosunek do pracownic domowych, ich odhumanizowanie i bardzo niski status społeczny niósł za sobą kolejne mechanizmy wykluczania i przemocy: dla wielu panów domu i paniczów stawały się obiektami uwłaczających uwag o podtekście seksualnym, molestowania oraz gwałtów. W efekcie bardzo wiele pracownic domowych zachodziło w ciążę i było zmuszanych do porzucania służby. Nie zapewniano im jakiegokolwiek zaplecza instytucjonalnego, do którego mogłyby się udać pogardzane społecznie, „zhańbione” panny z dzieckiem. Był to tak częsty problem, że został opisany przez Gabrielę Zapolską w popularnym dramacie Moralność pani Dulskiej. Niechciana ciąża, brak życiowych perspektyw, osamotnienie i opuszczenie przez rodzinę często doprowadzały do kolejnych tragedii: służące umierały w wyniku przeprowadzanych pokątnie aborcji lub samobójstw, porzucały swoje dzieci lub zabijały je tuż porodzie. Dla wielu kobiet jedynym rozwiązaniem dramatycznej sytuacji życiowej była prostytucja. Odchodzące w „niesławie” służące lądowały na ulicy lub w stołecznych domach publicznych. 

Kulturowe łączenie pracy służącej i prostytutki było nad wyraz częste. W 1904 roku Teodora Męczkowska, nauczycielka i feministka, opublikowała tekst Służące a prostytucja, w którym dokładnie przeanalizowała systemowe i obyczajowe zależności, przez które to właśnie byłe służące najczęściej zostawały pracownicami seksualnymi. Z broszury wyłania się obraz biedy i niesprawiedliwości, a także konsekwencje „mieszczańskiej moralności”, tak krytykowanej przez środowiska progresywnych intelektualistek i intelektualistów.
 

Baczność, towarzyszki służące!
Praca służących nie była rozumiana jako regularna aktywność zawodowa. Przyjmowano, że „podejmowanie obowiązku” jest sposobem na życie, właściwym dla kobiet z klas ludowych. W dwudziestoleciu międzywojennym, mimo licznych zmian w ustawodawstwie, służące pozostały jedyną grupą zawodową pozbawioną ochrony prawnej. Po burzliwej, trzyletniej debacie sejmowej projekt ustawy regulującej pracę służby domowej został odrzucony i skierowany do komisji sejmowej, gdzie ugrzązł na zawsze.

Od końca XIX wieku pojawiały się próby tworzenia stowarzyszeń i związków służących. Pierwsze miały charakter organizacji pomocowych i filantropijnych, prowadzonych przez organizacje kościelne. W Warszawie od 1907 roku działał Polski Związek Zawodowy Chrześcijańskiej Służby Domowej, który wydawał pismo „Pracownica Polska”, wypłacał zapomogi osobom niezdolnym do pracy i wspierał emerytowane służące. Kościół pomagał służącym, ale w zamian oczekiwał pełnego posłuszeństwa – konserwował system, w którym pracownice domowe były pozbawiane praw i głosu.

Inaczej wyglądała sytuacja świeckich związków zawodowych. Służącym trudno było identyfikować się z klasą robotniczą – pracowały samotnie, w oddzielnych gospodarstwach. Partie lewicowe kierowały do nich wyrazisty przekaz: nazywały je towarzyszkami, zachęcały do udziału w wiecach i dniach kobiet. Kłóciło się to z utrwaloną, kościelną narracją, przez co służące mogły odbierać rewolucyjną retorykę jako groźną i grzeszną. Mimo wszystko od lat 20. XX wieku aktywnie angażowały się politycznie, co pozytywnie wpłynęło na ich pozycję w kolejnej dekadzie. 
 

Aneks. Praca domowa po II wojnie światowej
Wraz z 1945 rokiem świat międzywojennych służących bezpowrotne przeminął. Nie znaczy to jednak, że zniknęła sama praca domowa ani – tym bardziej – społeczne obciążenie, które się z nią wiązało.

W artykułach drukowanych w 1948 roku w poczytnym tygodniku „Stolica” sugerowano, aby w odbudowywanych kamienicach wydzielać specjalne przestrzenie na pokoiki dla pomocy domowej; także większe mieszkania Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej projektowano ze służbówkami. Jednocześnie tworzono spółdzielnie pracy domowej. Ich celem było zniesienie podległości pomiędzy pracownicą a panią oraz nadanie odpowiedniego statusu osobom, które w ramach pracy zarobkowej gotowały, prały czy sprzątały. Nie podważono jednak założenia, że czynności domowe to „naturalna” specjalność kobiet. Uznano, że kobiety będą je wykonywać nieodpłatnie, w ramach szeroko rozumianych „obowiązków rodzinnych”. Opiekę nad sprawnym funkcjonowaniem domu zaczęto utożsamiać z miłością, a praca opiekuńcza i reprodukcyjna po raz kolejny stała się „pracą kobiet”. Przedwojenne służące zasiliły inne sektory gospodarki, a zapotrzebowanie na odpłatną pomoc domową znacząco spadło. 

Zakład litograficzny Juliusz Volmar Fleck & Co, Tak się dzieje. 'Pani kazała mi powiedzieć panu...', 1856

Zakład litograficzny Juliusz Volmar Fleck & Co, Tak się dzieje. 'Pani kazała mi powiedzieć panu...', 1856

Franciszek Kostrzewski, Z kantoru służących - młodsza do wszystkiego, ok. 1900

Franciszek Kostrzewski, Z kantoru służących - młodsza do wszystkiego, ok. 1900

Postulaty o podziale obowiązków po raz pierwszy pojawiły się na łamach prozachodniej prasy. W latach 50. polska obyczajowość była zdecydowanie bardziej zachowawcza: kultura domowego wyzysku zaczęła załamywać się dopiero w czasach kryzysu lat 80.

Współcześnie, według badań CBOS-u z 2018 roku, kobiety nadal wykonują zdecydowaną większość prac domowych. Cztery razy częściej gotują, sprzątają, piorą i prasują. Poświęcają na nieodpłatną pracę domową dziennie prawie dwie godziny więcej niż mężczyźni. Do statystyk nie wlicza się tzw. obciążenia mentalnego, czyli napięcia i kalkulacji związanych z organizowaniem codzienności. 

Tekst: Zofia Rojek
Zdjęcia kompilacyjne: Andrei Nekrasow

[1]W prasie służące nazywano „garkotłukami” i „nieskomplikowanymi umysłowościami”, a określenie „dziewczyna” miało charakter deprecjonujący i ustawiający porządek klasowy.