Aug. 17, 2026
W muzeum jestem dla publiczności. Rozmowa z Aleksandrą Kresowską o meandrach bycia edukatorem
Aleksandra Kresowska, kierowniczka Działu Edukacji Muzeum Warszawy, fot. Tomasz Kaczor
Pracownicy Muzeum Warszawy docierają do pracy w różny sposób. Aleksandra wybrała hulajnogę, fot. Tomasz Kaczor
W pracy edukatora muzealnego ważny jest obiekt - to od niego zaczyna się opowieść o mieście, fot. Tomasz Kaczor
Specjalizacją Aleksandry Kresowskiej jest edukacja muzealna dzieci i rodzin, fot. Tomasz Kaczor
Jednym z zadań edukatorów muzealnych jest oprowadzanie po wystawach. "Widz potrzebuje kogoś, kto pomoże, przeprowadzi, ułatwi podróż po muzeum i przede wszystkim nawiąże relację. Kluczowe w pracy edukatora jest nawiązywanie relacji z publicznością." - mówi Aleksandra Kresowska, fot. Tomasz Kaczor
Dział edukacji stale poszerza ofertę edukacyjną Muzeum Warszawy. W przyszłości Aleksandra Kresowska chciałaby rozwinąć bazę zajęć praktycznych, w których uczestnicy poznają przeszłość poprzez doświadczenie, fot. Tomasz Kaczor
Edukatorzy w Muzeum Warszawy bardzo chętnie pracują z tkanką miasta organizując spacery i warsztaty plenerowe, fot. Tomasz Kaczor
Od kilkunastu lat jest jedna specjalizacja, która silnie redefiniuje myślenie o muzeum jako miejscu jedynie z kolekcjami i kuratorami. Jest nią edukacja, obecna zarówno w haptycznych zajęciach dla dzieci, które dotykają modelu Złotej Kaczki, jak i w spokojnej rozmowie ze zwiedzającym. Edukator podchodzi do człowieka i buduje pomost pomiędzy nim a obiektem w gablocie. Z Aleksandrą Kresowską, kierowniczką Działu Edukacji w Muzeum Warszawy, o empatii, walce o pozycję w muzeum i relacjach z publicznością rozmawia Blanka Melania Ciężka.
Jak definiujesz siebie jako postać w Muzeum Warszawy, jak widzisz swoją rolę w muzealnym ekosystemie?
Ważne jest nie tyle to, kim jestem, ale dla kogo jestem, dla kogo w zasadzie pracuję. Odpowiedź będzie paradoksalna. Wydawałoby się, że no jak to – przecież pracuję dla muzeum. Jednak kiedy się nad tym głębiej zastanawiam, to wydaje mi się, że moim głównym pracodawcą jest publiczność. Czuję, że to, co robię, robię przede wszystkim dla publiczności. Nasza wystawa główna jest specyficzna. Nie jest narracyjna, chronologiczna. Jest labiryntem, w którym zwiedzający może się zagubić. A jak się zgubisz, potrzebujesz przewodnika. Mówię nie tylko o dosłownym znaczeniu słowa „przewodnik”, lecz także o jego symbolice: widz potrzebuje kogoś, kto pomoże, przeprowadzi, ułatwi podróż po muzeum i przede wszystkim nawiąże relację. Kluczowe w pracy edukatora jest nawiązywanie relacji z publicznością. Nawiązują ją obiekty, ale nawiązujemy ją również my – edukatorzy. I działamy trochę na styku tego, co jest wewnątrz instytucji, i tego, jak nasza publiczność, przychodząc z zewnątrz, tę instytucję widzi i czyta.
To zadam pytanie cięższego kalibru. Co z walką o pozycję edukatora w muzeum? Jest taki mit o rzekomych napięciach na linii kuratorzy – członkowie zespołów pracujących bezpośrednio z publicznością. Czy potwierdzasz istnienie takiej rywalizacji?
To jest bardzo gorący temat. Dotyczy całej naszej branży, omawiamy go na konferencjach i powiem szczerze, że to naprawdę zapalna kwestia, wywołuje wręcz kłótnie. Sytuacja w polskich muzeach jest nierówna. Duże muzea w dużych ośrodkach, takich jak Warszawa czy Kraków, mają uprzywilejowaną pozycję, bo już przeszły tę drogę, która jest konieczna w ukonstytuowaniu pozycji edukatora.
Czyli jednak trzeba było tę pozycję ukonstytuować. Jaka to była droga?
Zaczęło się od tego, że w muzeach było na etacie dwóch, trzech przewodników, których zadaniem było tylko przeprowadzać grupy przez ekspozycję, z krótkim komentarzem na temat tego, co było wystawione. Potem zaczęło się to przekształcać w stronę bardziej rozbudowanych działów edukacji, ale takich, których pracownicy w dalszym ciągu prowadzili zajęcia – głównie sami. To była chyba najbardziej obciążająca sytuacja, kiedy z jednej strony edukator był do ciągłej dyspozycji publiczności, a jednocześnie, gdzieś pomiędzy grupami, starał się usiąść do komputera, napisać rozbudowany program zajęć czy wniosek o grant, rozszerzyć swoją działalność. I wtedy okazało się, że po prostu brakuje czasu na to wszystko. Rozdzieliły się kompetencje koordynatorów programów edukacyjnych i edukatorów pracujących z publicznością. Najczęściej tylko ci pierwsi pracują na etacie, co wpływa negatywnie na prawdziwe osadzenie w instytucjach tych drugich.
Wciąż nie odpowiedziałaś na moje pytanie o rzekomą wojnę pozycyjną na linii kuratorzy–edukatorzy.
Mam wrażenie, że podążamy nierówną drogą, w nierównych prędkościach, w różnych instytucjach. W niektórych nie traktuje się edukatorów jako pracowników merytorycznych, ale nie da się już nie zauważyć, że twórczy i autorski wkład, jaki pojawia się, kiedy budujemy programy edukacyjne, piszemy materiały dla publiczności i tak dalej, zaczyna bronić się sam. Świetnie to widać na przykładzie coraz liczniej organizowanych przez muzea – przez nasze również – projektów opartych na zasadach partycypacji. Tam, gdzie wystawa nie jest tworzona przez sam pion kuratorski, gdzie oddaje się część decyzji merytorycznych i programowych szerszemu gronu odbiorców, nasza wiedza dotycząca tego, jak pracować z publicznością, bardzo pomaga kuratorom. Pokazujemy inne kompetencje niż pion badawczy, ale równie mocne i potrzebne.
Czy uważasz, że ten zwrot ku wpuszczeniu edukatora do budowania programu merytorycznego instytucji wiąże się także z tym, że trwa zwrot ku muzeom bardziej dostępnym?
Tak, ten zwrot otwierania się instytucji kultury, jest procesem globalnym – różnie ocenianym, ale on trwa. Często zdarza się, że wśród muzealników, przede wszystkim historyków sztuki czy historyków, pojawia się nieprzyjazna opinia o tworzeniu „pop-muzeów”, które mogą być postrzegane bardziej jako domy kultury niż instytucje wystawiennicze na wysokim poziomie merytorycznym. Wyczuwam w tym troskę o jakość, w dzisiejszym świecie bardzo słuszną. Wielu specjalistów krytykuje na przykład poziom komercyjnych wystaw immersyjnych bądź objazdowych wystaw prezentujących cyfrowe kopie dzieł sztuki,. I tutaj ta chęć obrony muzeum jako instytucji autentycznej, o charakterze eksperckim, jest zrozumiała. Ale z drugiej strony trzeba pamiętać o tym, że pewnych procesów nie zatrzymamy. Nasz odbiorca bardzo się zmienia i projektowane dla niego działania edukacyjne obniżają próg wejścia do takich instytucji. Ja tak widzę naszą rolę – w dalszym ciągu walczymy o bardzo wysoki poziom, pielęgnujemy pamięć o przeszłości, ale musimy cały czas dostosowywać się do zmieniającego się świata i do zmieniającego się odbiorcy,
Jest jeszcze temat badań publiczności. Czy w działach edukacji zatrudnia się osoby z wykształceniem kierunkowym, żeby badać publiczność? Jak to wygląda?
Różnie to bywa w różnych instytucjach – w niektórych tworzone są działy rozwoju publiczności, gdzie zatrudnia się specjalistów od analizy badań. W naszym muzeum niestety nie mamy takiej komórki. Czasem zdarza się, że jesteśmy w stanie zamówić badania na zewnątrz lub zrobić je samodzielnie, często brakuje nam jednak zasobów do ich analizy. Staramy się jednak wdrażać wnioski.
Mówiłaś o dużej wadze różnicowania kompetencji miękkich pomiędzy pionami kuratorskim i edukacyjnym. Jakiej osoby byś nie zatrudniła do działu edukacji ze względu na kompetencje miękkie lub ich brak?
Przy prowadzeniu rekrutacji na stanowisko edukatora kompetencje miękkie są tak naprawdę głównym wyznacznikiem tego, czy zdecydujemy się na współpracę. To najważniejszy element. Podczas rozmowy z kandydatem lub kandydatką oceniamy je w działaniu, podczas lekcji próbnych. Druga rzecz, na której nam ogromnie zależy, to doświadczenie – dowód, że ktoś już sprawdził się w tym zawodzie. Nie znaczy to, że osoby bez doświadczenia nie mają szans na zatrudnienie. Muszą jednak dobrze przejść test praktyczny.
Jakie cechy, pożądane w innych obszarach, tutaj na pewno się nie sprawdzą?
Chyba nie ma takich umiejętności, które nie przydadzą się w zawodzie edukatora. Cenimy wszelkie umiejętności, na przykład bardzo zależy nam na dużej wiedzy merytorycznej. Bardzo chętnie przyjmiemy osobę o wysokich kompetencjach merytorycznych, jeżeli posiada miękkie umiejętności. Musi być otwarta i musi lubić ludzi. Może zabrzmi to banalnie, ale kiedy siadamy naprzeciwko drugiej osoby, od razu widać tę ostatnią cechę. Ważne jest też przełamywanie oporów i swoboda w prowadzeniu rozmowy. Istotne jest też to, żeby kandydat wykazywał się refleksem. Lubimy zadawać zaskakujące pytania, które wymagają szybkiej odpowiedzi. Nie musi być nawet prawidłowa. Ważne, żeby kandydat był gotowy na bystrą ripostę czy nawet rzucenie jakimś żartem…
Czyli ceniona jest umiejętność działania w chaosie.
To jest bardzo ważne, tak. Musimy pamiętać, że edukator to osoba, która wyjdzie do publiczności, wyjdzie do grupy, i tak naprawdę nigdy do końca nie będzie wiedzieć, kto stanie po drugiej stronie. Prosty przykład: mamy rezerwację dla dziesięciu dorosłych, posługujących się językiem angielskim, ale okazuje się, że przyszły dwie osoby dorosłe, piecioro dzieci i tylko jedna osoba mówi po angielsku, za to nie zna polskiego. Nie można wtedy odwrócić się na pięcie i powiedzieć: „przepraszam, ja nie pracuję z dziećmi”. Musimy być przygotowani na nieoczekiwane sytuacje i dobrze się w nich odnajdywać. Ta otwartość i elastyczność jest ogromnie istotna. Wiedzę merytoryczną można uzupełnić, doczytać. Najważniejsze jest jednak to, aby mieć niesamowity radar na drugiego człowieka, szybko wyczuć, czego ta osoba naprawdę potrzebuje. Trzeba to zrobić w bezpośredniej, krótkiej, kilkuzdaniowej rozmowie i odkryć, po co naprawdę widz przychodzi do muzeum, czego w nim szuka – wiedzy, rozrywki, ciekawego doświadczenia czy zabicia czasu.
Jak już muzeum zrekrutuje nowego członka zespołu edukacji, który ma te niezbędne predyspozycje osobowościowe, to czy pracujecie nad tym, aby te właściwe kompetencje miękkie jeszcze bardziej wydobyć?
Tak, cały czas się dokształcamy. Prowadzimy szkolenia kierunkowe z zakresu pracy z dziećmi, szkolenia pedagogiczne, które mają dawać bardzo praktyczne, twarde kompetencje. Realizujemy na przykład bardzo fajne zajęcia z pracy z seniorami, podczas których nasi edukatorzy zakładają kamizelki obciążeniowe, specjalne okulary i muszą wejść na czwarte piętro muzeum. Wydaje się, że to jest oczywiste, ale totalnie zmienia optykę – osoba po takim szkoleniu będzie już wiedziała, żeby po tych schodach iść wolniej, nie narzucać swojego tempa grupie. Prowadzimy szkolenia z autoprezentacji, z emisji głosu, co też jest bardzo ważne, bo to są podstawy higieny pracy. Kiedy edukator ma dwoje, troje zajęć dziennie, często z bardzo aktywną grupą przekrzykujących się dzieci, a takie zajęcia są bardzo intensywne, musi wiedzieć, jak pracować z głosem, żeby następnego dnia móc przyjść do pracy.
Postawmy kropkę w kwestii kompetencji miękkich i przejdźmy do pracy z kolekcją. Co jest najtrudniejsze, a co najłatwiejsze w prowadzeniu opowieści edukacyjnej właśnie z takim profilem kolekcji muzealnej, jaki posiada Muzeum Warszawy?
Mamy ciekawą kolekcję i nasza wystawa główna jest zbudowana w interesujacy sposób, ale nie jest to wystawa linearna, chronologiczna, tylko wyspowa. To powoduje, że wcale nie jest prosto prowadzić nam zajęcia stricte historyczne: dzieje Warszawy od średniowiecza po współczesność. Można powiedzieć, że jednym z kamieni węgielnych pracy edukatora jest zasada, zgodnie z którą edukator zawsze pracuje na kolekcji. Najpierw jest obiekt, a potem – opowieść. Nie prowadzimy opowieści oderwanej od zbiorów. Na szczęście mamy na swój sposób – opieramy się na interpretacji dziedzictwa, która ułatwia nam snucie ciekawych i angażujących opowieści. Odwołujemy się do osobistych doświadczeń widzów, by przybliżyć im konkretne obiekty.
A czy to nie jest założenie przeniesione z muzeów sztuki, gdzie faktycznie kolekcja stanowi sedno narracji? Natomiast w Muzeum Warszawy, które jest muzeum miasta, tak naprawdę cała przestrzeń, cała tkanka miejska, jej historia – wszystko to jest do dyspozycji. Muzeum ma swoją podstawową misję pracy na kolekcji, natomiast wydaje mi się, że dla edukatora w MW jest o tyle prościej, że oprócz zbiorów ma do dyspozycji przestrzeń miasta.
W przypadku Muzeum Warszawy pracuje z nami cały budynek – jedenaście kamienic, które kiedyś były domami (może nie do końca zwykłych) Warszawiaków. Krążąc po korytarzach, opowiadamy o codzienności mieszkańców tych kamienic. Pomagają nam w tym materiały edukacyjne. Obiekty uzupełniają te opowieści, są świadectwem codziennych czynności. Publiczność lubi pytać „do czego to służyło?”, my odpowiadamy i… historia się zaczyna!
Przy tak dużym skoncentrowaniu na obiekcie nasuwa się pytanie – czy wystawy historyczne, narracyjne tracą rację bytu?
Nie poszłabym tak daleko, by powiedzieć, że tracą rację bytu, choć mogłybyśmy długo się na ten temat kłócić. Pewnie w wielu muzeach są świetnie zaprojektowane wystawy historyczne, które się podobają i spełniają potrzebę publiczności, natomiast z pewnością zainteresowanie nimi spada. I to jest fakt potwierdzony badaniami. My lubimy naszą wystawę, bo podrzuca wiele nieoczywistych tropów i ścieżek. To jest po prostu ciekawsze.
Czyli ten zwrot ku obiektom nie wziął się z niczego.
Wziął się z praktyki, którą obserwujemy na co dzień. Ja często śmieję się, kiedy trafiają do mnie jakieś wyniki ogólnoświatowych albo ogólnopolskich drogich, kierunkowych badań uczestników kultury. Bardzo często są zbieżne z moimi obserwacjami. Zna je każdy edukator, bo pracuje z ludźmi i z nimi rozmawia. Większość ludzi przychodzi do muzeum z prostymi pytaniami i z dużą ciekawością. Ludzie lubią zadawać pytania. Często obserwuję młodych stażem edukatorów, którzy zaczynając pracę, przychodzą na pierwsze zajęcia z notatkami, mają bardzo dokładnie opracowany każdy obiekt, a potem spotykają się z publicznością, która potrafi zadać pytanie typu „Okej, to wszystko bardzo ciekawe, ale jak to było przyczepione do ściany?”.
Wyjdźmy na chwilę z Muzeum Warszawy – czy jest jakaś metoda edukacyjna – w Polsce lub na świecie – którą warto wdrożyć i u nas?
Mam takie marzenie, odkąd zaczęłam tu pracować dwa lata temu, które staram się konsekwentnie i drobnymi krokami realizować. Moją specjalizacją zawodową jest edukacja muzealna dzieci i rodzin – zawsze koncentrowałam się przede wszystkim na dzieciach. Od zawsze lubiłam pracować metodą hands on, czyli praktycznego działania w muzeach. Wiemy, jak uczy się ludzki mózg: poprzez działanie, przez dotyk i doświadczenie. Dzieci mnóstwo rzeczy zapamiętują dzięki eksperymentom i naturalnemu procesowi doświadczania. W Muzeum Warszawy bardzo chcielibyśmy rozwijać bazę zajęć praktycznych. Mamy ogromną kolekcję archeologiczną, np. kolekcję kafli. Aż się prosi, żeby dać publiczności – nie tylko dzieciom, lecz także dorosłym – glinę do tego, żeby sami mogli odtworzyć proces ich powstawania.
A co z zapachami w przestrzeni ekspozycyjnej? Olfaktoryczne eksperymenty pojawiają się w muzeach coraz częściej, ale są różnie odbierane. Mają swoich przeciwników i zwolenników.
Zmysł węchu jest najbardziej pierwotnym i mocnym nośnikiem pamięci. Nie możemy go pominąć w procesie nauczania. Używamy tej metody choćby podczas zajęć edukacyjnych, kiedy edukator ma ze sobą pomoce zapachowe. Na przykład w Gabinecie Sreber i Platerów Warszawskich, gdzie prezentowane są dawne zastawy stołowe, prowadzimy zabawę z woreczkami z przyprawami: kawa, kardamon, pieprz, herbata, kawa rozpuszczalna. Uczestnicy rozpoznają te zapachy. Okazuje się, że jest duża różnica pomiędzy kawą naturalną, mieloną, a rozpuszczalną. Uwielbiam ten moment, bo daję najpierw jedną i jest: „mmm”, a potem daję drugą i jest: „blee”. Widać natychmiast, jak źle reagujemy na sztuczne zapachy. Stanowi to pretekst do rozmowy o dawnych zwyczajach i kulturze stołu. Tak naprawdę każdy gabinet i każda galeria ma swój specyficzny zapach. Każdy z nas pewnie ma swoje ulubione przestrzenie w Muzeum właśnie z powodu ich zapachu.
Czy myśleliście kiedyś o tym, żeby pokazać zapachy samego miasta?
Tak, nawet myślimy o tym bardzo konkretnie, ponieważ na wystawie, którą obecnie przygotowujemy, w jednej z sal będzie obiekt, który będzie zbierał zapachy miasta. Nie jestem jeszcze pewna, jak to rozwiążemy, sposobów może być wiele. Na przykład opowiadając o historii miasta, możemy wesprzeć ją zapachem ziemi, zapachem piasku wiślanego – wtedy rozmawiamy o Wiśle, o skarpie – ale jesteśmy w stanie zrobić to w sposób mocny merytorycznie.
Dużo opowiadasz o metodach pracy z odbiorcą z uwzględnieniem jego możliwości poznawczych. Jakie masz wykształcenie i doświadczenie, że doszłaś do tak sprofilowanej specjalizacji edukatorskiej?
Jestem historykiem sztuki z ponad dwudziestoletnim doświadczeniem zawodowym. Decyzję o tym, żeby skupić się na edukacji muzealnej, podjęłam na bardzo wczesnym etapie, zaraz po magisterium. W tamtym czasie większość świeżych absolwentów marzyła o zatrudnieniu w działach merytorycznych. Mnie zawsze ciągnęło do pracy ze zwiedzającymi. To w bardzo dużym stopniu wynika z mojego charakteru. Jednym zdaniem: jest we mnie absolutna potrzeba działania, akcji, adrenaliny i kontaktu z drugim człowiekiem.
Co powinien robić edukator, żeby dobrze opowiadać o mieście? Muzeum Warszawy to muzeum miejskie i nikt nie ma chyba takiego mandatu jak my, aby o tym mieście opowiadać. Jaka wygląda wasza praca z tkanką miasta? Jak zaczepiacie swoje działania w jego przestrzeni?
Ja się ogromnie zgadzam w kwestii tego mandatu, o którym powiedziałaś. Chętnie pracujemy z tkanką miasta – organizujemy spacery i warsztaty plenerowe. Chcielibyśmy na pewno robić ich więcej. Pomysłów mamy masę, czasem po prostu jest za mało ludzi, za mało czasu. Kiedy opracowujemy program edukacyjny do wystaw, aż chce się wyjść na zewnątrz i część programu zrobić w plenerze. Na przykład teraz, przy okazji wystawy Aleksandra Minorskiego, Osiedle Towarzystwa Osiedli Robotniczych na Kole jest takim naturalnym miejscem, gdzie chcielibyśmy wyjść i poprowadzić zajęcia.
Jeżeli chodzi o zaczepianie naszych działań w przestrzeni miasta, to przede wszystkim odwołujemy się do obiektów, których szukamy w swoim otoczeniu. Zwracamy uwagę na siatkę ulic, po których się poruszamy. Badamy ich zależności – to, w jaki sposób te ulice zmieniały układ, były krwiobiegiem miasta i ukształtowały jego przestrzeń. Zwracamy też uwagę na budynki, które nas otaczają – jakie funkcje spełniały, jak architektura stanowiła wyraz codzienności i zwyczajów mieszkańców miasta. Funkcjonalizm, architektura dwudziestolecia międzywojennego – to mój konik. W prowadzeniu spacerów i innych zajęć plenerowych mocno skupiamy się na patrzeniu i czytaniu budynków.
Czyli znów powraca temat zmysłów w mieście, urbanistyki konstruowanej i czytanej poprzez zmysły.
Tak, ale też bardzo ważne jest – i to też w zasadzie jest ta sama praca, którą wykonujemy wewnątrz muzeum i na zewnątrz – nawiązywanie relacji z tymi wszystkimi miejscami. Miejsca, które odwiedzamy podczas spacerów, to przestrzenie, z którymi my i nasza publiczność mamy jakieś relacje – ktoś się gdzieś wychował, chodził do szkoły, miał swoją pierwszą randkę. Dajemy tym wspomnieniom wybrzmieć. To też dobrze widać przy okazji właśnie przygotowywanej wystawy Wieloznaczna. Fenomeny Warszawy, gdzie jednym z zagadnień jest poszukiwanie centrum Warszawy. Warszawa jest bardzo specyficzna, nie ma tak naprawdę jednego centrum, nie rozrosła się od rynku na zewnątrz, więc ludzie mają różne centra. Przychodzą też do nas osoby z innych miast i chcą, byśmy opowiedzieli im nasze historie. Mówią „opowiedz mi o swoim mieście”. I ja jako edukator w pewnym sensie trochę się dla nich otwieram, zdejmuję tę maskę pracownika instytucji, odchodzę od scenariusza i opowiadam o swoim prywatnym doświadczeniu.
Jak jesteśmy już przy kwestiach bardziej osobistych i ludzkich, a nie instytucjonalnych, powiedz, jak wygląda twój dzień w muzeum?
Ani koordynator w dziale edukacji, ani edukator nie jest w stanie przewidzieć, jak będzie wyglądał jego dzień w muzeum. To nie jest praca dla osób lubiących stabilizację. My pracujemy z publicznością, a publiczność uwielbia nas zaskakiwać. Działamy oczywiście według grafiku, ale on jest tylko teoretycznie ustalony. Moja praca jako kierowniczki działu polega przede wszystkim na spotkaniach. Nie pracujemy przecież wyłącznie z publicznością, ale również ze wszystkimi działami operacyjnymi. Działamy wielotorowo. Jednocześnie oprowadzamy po ekspozycjach, które już są otwarte i razem z kuratorami i z działem organizacji wystaw pracujemy nad tymi, które dopiero się otworzą. Przygotowujemy scenariusze zajęć i karty pracy. Często zdarzają się sytuacje nieprzewidziane, na przykład ktoś pomyli termin wizyty, ale naszym obowiązkiem jest umożliwienie mu zwiedzania mimo pomyłki. Każdy mój dzień jest bardzo dynamiczny. Czasami nie mam chwili, aby usiąść do komputera.
Twoje trzy skojarzenia z Warszawą, takie pierwsze i intuicyjne.
Może być osobiście?
Musi być osobiście.
Jestem osobą dwutożsamościową i wychowałam się w dwóch miejscach jednocześnie. Były to bardzo dwa różne miejsca. Część dzieciństwa spędziłam w górach, w drewnianej chacie na końcu lasu, a drugą część spędziłam w Warszawie. Nie jestem góralką etnicznie, moja rodzina jest z Warszawy, ale już od stu lat w górach w Beskidzie Śląskim, w Wiśle. I moje doświadczenie z dzieciństwa jest doświadczeniem jeżdżenia pomiędzy jednym miejscem a drugim. Pierwsza rzecz, którą pamiętam z powrotów do Warszawy, to zapach wielkiego miasta. I to, że przez pierwsze dwa, trzy dni to odczucie mnie porażało. Potem się przyzwyczajałam, ale początkowo byłam porażona właśnie wielkością, dynamiką, hałasem. Bardzo mi się to podobało i powodowało ogromną ekscytację. Ekscytacja – to pierwsza rzecz, która kojarzy mi się z Warszawą.