Joanna Bębenek graficzka i projektantka w Dziale Promocji Muzeum Warszawy, fot. Tomasz Kaczor
Joanna Bebenek pracuje w Muzeum Warszawy od 2017 roku, fot. Tomasz Kaczor
"Jestem takim introwertycznym typem. Mam też wrażenie, że moje projekty są raczej wyciszone. To po prostu kwestia charakteru." mówi o sobie Joanna Bębenek, fot. Tomasz Kaczor
Wielu pracowników Muzeum Warszawy dociera do pracy na rowerze. Wśród nich jest również Joanna, fot. Tomasz Kaczor
Przemierzając rowerem Starówkę w drodze do pracy, fot. Tomasz Kaczor
Projekty graficzne autorstwa Joanny Bębenek
Projekty graficzne autorstwa Joanny Bębenek
Kalendarz Warszawski to jeden z corocznych projektów Joanny Bębenek, fot. Tomasz Kaczor
Co łączy plakat muzealny na Krakowskim Przedmieściu, małe zdjęcie legitymacyjne znalezione w magazynie fotograficznym i refleksję nad różnorodnością kolekcji Muzeum Warszawy? Postać Joanny Bębenek, graficzki i projektantki, lubiącej pracować w ciszy i reinterpretować graficznie język fotografii dawnej Warszawy. O introwertyzmie, muzealnictwie i zbiorach rozmawia Blanka Melania Ciężka.
Powiedz, jak siebie identyfikujesz w muzeum?
Jestem projektantką graficzną. Moim zadaniem jest, oczywiście, projektowanie, czyli nadawanie jakiejś formy – graficznej, przyswajalnej wizualnie – różnym materiałom. Są plakaty i ich reformaty do różnych mediów: internetu, gazet, na nośniki reklamy zewnętrznej. Często jest to praca z porządkowaniem informacji. Kiedy są jakieś programy albo ulotki do tworzenia, to zawsze jest dużo informacji, które trzeba poukładać estetycznie i czytelnie.
To zadanie – estetyczne układanie informacji – brzmi jak praca wymagająca skupienia i dużej refleksji nad projektem. Jak często zatem pracujesz z ludźmi i zespołem, czy te dwie rzeczy raczej się wykluczają?
Pracuję z ludźmi, z którymi jestem w zespole. Natomiast bezpośrednio się nie spotykam na co dzień ze zwiedzającymi, więc mam ich obraz przekazany mi przez kuratorów, którzy mówią, dla kogo jest ta wystawa, albo przez wyniki badań publiczności. Mam wrażenie, że mówimy do różnych osób – w zależności od projektu. Nie mam przed oczami jednej osoby, do której kierowany jest przekaz. Dla mnie to ułatwienie, bo sobie mogę działać według własnego uznania. Identyfikacja wizualna jest bardzo ramowa. Nie ma na przykład szablonów, które tylko uzupełniamy o jakieś zdjęcie. Były takie pomysły, ale z różnych powodów nie sprawdziłyby się w tym muzeum.
Dlaczego takie szablony nie nadają się do tego muzeum?
Na przykład dlatego, że u nas wystaw jest bardzo dużo i takie projekty strasznie by się opatrzyły po jakimś czasie. W ogóle by się od siebie nie odróżniały. Nasze muzeum nie ma też takich zbiorów, w których są bardzo znane nazwiska czy rozpoznawalne dzieła, które byłyby wystarczająco silne i przyciągały wzrok i uwagę odbiorcy.
Jak ty jako twórczyni postrzegasz zatem Muzeum Warszawy?
Dla mnie jest bardzo rozdrobnione. To taka chmura przedmiotów, znaczeń, z której można łowić różne tematy – tak to się odbywa wystawami.
Zadam to pytanie wprost, bo mnie korci: Muzeum nie ma silnej wizji?
Nawet nie myślałam o wizji. Bardziej o tym, co powiedziałam o tej chmurze – kolekcja muzeum jest bardzo rozproszona. Dodatkowo nie są to drogocenne rzeczy. Często to bardzo proste przedmioty, zupełnie nieopatrzone. Trzeba im dopiero nadać jakąś opowieść, żeby odbiorca zrozumiał, dlaczego to jest ciekawe. To nie są samograje.
Czy według ciebie to się przekłada na język komunikacji wizualnej instytucji?
Myślę, że tak. Bardzo często duże muzea grają highlightami, a u nas tego nie ma. To wymaga bardziej kreatywnego podejścia.
Tematy, które mam na warsztacie, są bardzo różnorodne. Raz rewolucja 1905 roku, za chwilę wnętrza na Pradze, a tuż obok – archiwum fotografii. Jako osoba, która pracuje nad poszczególnymi tematami, nie czuję jednego kierunku. Może z góry wygląda to inaczej.
Niektórzy tę różnorodność, także tematyczną, nazywają siłą Muzeum Warszawy. Można z tym polemizować, szczególnie w kontekście budowania marki, także wizualnej. Wyobrażam sobie, że węższy profil tematyczny jest prostszy do ogrania wizualnie.
Dla mnie ta różnorodność jest ciekawa i rozwijająca, więc na pewno nie będę na to narzekać. Ciężko się znudzić – to nie jest to samo przez wiele lat. Za każdym razem potrzebna mi nowa wiedza.
Opowiedz coś więcej, bo to mnie zaintrygowało: czy czytasz coś na dany temat przy nowym projekcie graficznym?
Wystarczy, jeżeli spotkam się z kuratorami i opowiedzą o wystawie. Muszę się wczuć w to, do kogo kierowana jest komunikacja, jakie kuratorzy mają oczekiwania albo preferencje. Czasem wybieram z kuratorami obiekty wiodące. Kuratorzy wybierają coś pod kątem merytorycznym, potem ja sobie dobieram to, co może najlepiej zadziałać na plakacie. Często za bardzo nie ma obiektów do wyboru do projektu – nie mają takiej siły, powiedzmy, obrazu. Nie zawsze też mamy odpowiednie prawa autorskie. Wtedy improwizuję z elementami graficznymi.
Czy był jakiś obiekt, z którym ci się wyjątkowo dobrze pracowało?
Oczywiście, bardzo lubię pracować z fotografią. Centrum Fotografii to chyba mój ulubiony projekt ostatnio.
Od początku przy nim pracujesz?
Tak. Centrum Fotografii ma też własną identyfikację graficzną, której jestem twórczynią. Ona jest troszkę osobna od Muzeum Warszawy – takie było założenie. Ale ze zdjęciami się przyjemnie pracuje, z całą tą fotograficzną atmosferą.
To wtedy – kiedy zaczął się ten projekt – odkryłaś, że fotografia to medium, z którym ci się lepiej pracuje?
Zawsze wiedziałam, że zdjęcia są takie bogate w znaczenia… Praca z nimi jest dla mnie dużo łatwiejsza niż praca z trójwymiarowym przedmiotem. Lubię pracę ze zdjęciami nawet przy plakatach do różnych innych wystaw, nie stricte fotograficznych, bo są najłatwiejsze znaczeniowo.
Jakim jesteś typem grafika?
Jestem takim introwertycznym typem. Mam też wrażenie, że moje projekty są raczej wyciszone. To po prostu kwestia charakteru.
Lubię opracowywać struktury informacji. Dostajesz bałagan w Wordzie – rzeczy zredagowane, ale potrzebujące schematu wizualnego – to coś dla mnie.
Jak ty, typ introwertyczny, czujesz się w muzeum? Czy jest jakaś różnica pomiędzy pracą grafika w muzeum a pracą w innej firmie, instytucji, branży czy sektorze?
Uważam, że nie ma dużej różnicy. To znaczy – jest gigantyczna różnica, jeśli chodzi o zakres tematyczny, ale to jest oczywiste. Projektowanie to dla mnie nie stricte artystyczna robota, tylko dopasowywanie się do tematu, do kontekstu.
Ale graficy zawsze mają trochę luksusowe warunki pracy. Na przykład w naszym dziale – my, graficzki, zajmujemy się tylko tym, co robimy, czyli wyłącznie projektowaniem. Nie obsługujemy żadnych dokumentów, nie uczestniczymy w nadmiernej liczbie spotkań, więc mamy bardzo „wyczyszczone” pole działania.
Ale pracowałam też w małych studiach graficznych czy butikowych agencjach reklamowych – tam zawsze jest obsługa klienta, a grafik tylko siedzi i robi to, co jest już przefiltrowane przez osobę kontaktującą się z klientem. Tak to wygląda w tej pracy i ja to sobie cenię.
Kiedy zaczęłaś pracę?
Zaczęłam pracę wtedy, kiedy otwierała się wystawa stała, ta pierwsza część – w 2017 roku. To długo. Ale zdarza mi się, że ludzie pytają mnie w kuchni: „Przepraszam bardzo, a właściwie czym ty się zajmujesz? Bo my tak widzimy cię, ale nie wiemy, co ty robisz”. Bo nie odwiedzam wielu działów, na przykład księgowości ani działu prawnego.
Nie uczestniczysz w żadnych spotkaniach międzydziałowych?
Nieczęsto, więc jestem trochę taka… Moja twarz nie jest koniecznie połączona z tym, co robię. Ale nie narzekam. Mówię to jako ciekawostkę. Mnie to nie przeszkadza.
Powiedziałaś, że dobrze ci się pracuje z fotografią. Odniosłam wrażenie, że chodziło ci o coś więcej niż preferencje. Mówiłaś o fotografii jako o czymś, co zatrzymuje kadr, narzuca kontekst.
I to jest siła. Na przykład dobry projekt polega też na tym, żeby wydobyć albo jeszcze bardziej podkreślić to, co jest ważne w danej fotografii.
To fascynujące – rozwiń, proszę, na jakimś konkretnym przykładzie.
Często to są zdjęcia, którym trzeba bardzo się przyjrzeć, żeby zobaczyć ich potencjał – nie są jeszcze rozpoznane jako wiodące. Żałuję, że nie ja siedzę w archiwach. To kuratorki wybierają pulę fotografii.
A chciałabyś móc też czasami coś wybrać?
Mogłoby to być ciekawe, ale też nie zawsze miałabym na to czas, no i nie mam dostępu do archiwów.
A nie pracujecie w ten sposób, że kuratorki pokazują ci zbiór pewnych obiektów i ty wybierasz?
Tak, ale to jest już zbiór bardzo wyselekcjonowany. To też jest ok – kuratorki przeglądają całe kartony materiału. Ja już dostaję mniejszą pulę, ale zawsze trzeba wybrać to, co ma siłę plakatową.
I to ty jesteś tą osobą, która dokonuje tego wyboru?
Ostatecznego tak. Zdarza się, że jest zdjęcie, które dla wszystkich jest oczywiste, najważniejsze. Nie zawsze jednak uda się je wybrać. Na przykład ostatnio, przy plakacie do wystawy o Aleksandrze Minorskim, nie udało się znaleźć jednego zdjęcia, które by dobrze podsumowywało całą wystawę. Musiałam zacząć się bawić – kadrować. I to zdjęcie, które jest na plakacie, jest wykadrowane z maleńkiego zdjęcia legitymacyjnego.
Twój plakat ujawnił istnienie tego obiektu. Nie byłam świadoma, że mamy coś takiego w zbiorach.
Ten obiekt jest malutki. Ani twarz, ani nazwisko nic nikomu przed wystawą nie mówiły. Trzeba było trochę się zabawić. Przez to powtórzenie fragmentu twarzy, spojrzenia chciałam uzyskać silniejszy efekt, który pozwoliłby zwrócić uwagę na plakat. Chodzi o patrzenie, o to, że Minorski był obserwatorem rzeczywistości, fotografem, więc oko, fotografia – mamy takie różne komunikaty.
Które plakaty fotograficzne, reklamujące przedsięwzięcia Muzeum, są twojego autorstwa?
Plakat do wystawy o rewolucji 1905 roku. Tam jest taka kompilacja zdjęć, kolaż. One akurat tam trochę inaczej grają, bo są takim tłem – to inne wykorzystanie fotografii. Projektowałam również plakat na Noc Fotografii.
Mam też już swoją małą tradycję corocznego projektowania Kalendarza Warszawskiego. Za każdym razem ma inny motyw przewodni, ale sercem zawsze są obiekty ze zbiorów muzeum. Oprawiam je w motywy graficzne, kolory – bardzo to lubię. W tym roku wyjątkowo przy kalendarzu współpracowałam z Olą Jasionowską.
Czy projektując plakat, myślisz o tym, jak będzie rezonował z przestrzenią miasta?
Tak, stąd często wynika dobór obiektów, które muszą jakoś zahaczać oko. Na tym polega projektowanie plakatów – tam musi być jakaś treść, szybki komunikat, którego się długo nie studiuje. One muszą być wyraziste. Tutaj jeszcze przypomniałam sobie plakat do wystawy o albumach fotograficznych, gdzie na środku było zdjęcie dziewczyny patrzącej prosto.
„Śliczna jest młodość naszego wieku”.
Tak. To był taki trudny tytuł. I pamiętam, że jak gdzieś widziałam to zdjęcie na mieście, to mam wrażenie, że ludzie zwracali na nie uwagę. To jest podstawa projektowania.
Co czujesz, kiedy widzisz swoje plakaty w przestrzeni miasta?
To bardzo fajne!
Jak wygląda twój dzień pracy?
Pracuję w pokoju, w którym jest dziesięć osób, więc czasami ciężko się skupić. Mam też trochę pracy zdalnej, dwa dni w tygodniu, co jest pomocne. I po prostu spędzam czas przy komputerze. Mam mało spotkań, chyba że są to właśnie takie spotkania, które na początku omawiają daną wystawę, z jej twórcami, kuratorami. I wtedy sobie robię notatki, wyciągam wnioski. Z zespołem ustalamy strategię komunikacji danego projektu.
Jak zaczynasz dzień? Pięć kaw, poranna joga czy wjazd do lapidarium hulajnogą?
Jeśli jest ładna pogoda, przyjeżdżam rowerem. Niestety, nie jestem rannym ptaszkiem, muszę przyznać. Często jem śniadanie, niestety, od razu po przyjściu do pracy. Czytałam, że inne osoby miały jakieś takie rytuały, takie jak wspólne kawa. U nas akurat może tak to nie wygląda, ale…
Mnie się marzy, że ktoś powie, nie mówię, żebyś to ty była tą osobą, ale trochę poszukuję takiego buntowniczego punktu widzenia – „nienawidzę wspólnej kawy, chcę mieć święty spokój”.
Nie ma trochę u nas warunków na wspólne kawy. Pracuję sobie w swoim rytmie.
I cenisz to.
Tak.
I muzeum daje możliwość pracy w swoim rytmie?
Tak, w tym sensie, że siedzę sobie i jak mam taką chwilę skupienia, to robię, robię, robię. Ale jak potrzebuję się na chwilę czymś rozproszyć, to też sobie na to pozwalam, bo też nie da się przez tyle godzin cały czas kreatywnie myśleć.
Jaką trasą podążasz do muzeum?
Podążam do pracy Krakowskim Przedmieściem i całym Traktem Królewskim. Zawsze widzę nasze nośniki, dlatego że większość z nich jest bukowana właśnie wzdłuż Traktu Królewskiego, więc często mam takie poczucie, że te plakaty są po prostu wszędzie.
Od razu możesz zrobić audyt, jak to działa.
Tak, widzę ludzi, którzy na nie patrzą, w związku z tym jestem zawsze na bieżąco. Mimo że to jest trochę Warszawa-nie-Warszawa, taka turystyczna część miasta: Krakowskie Przedmieście, Nowy Świat, Stare Miasto. Trochę tak to odbieram. Zanim zaczęłam tu pracę, wcale nie bywałam na Starym Mieście, niestety, mimo że jestem z Warszawy. I chyba każdy tak odpowie.
Trzy skojarzenia z Warszawą?
Cały czas pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to dom, bo ja jestem z Warszawy. Drugie: różnorodność, mimo wszystko taka narastająca z upływem czasu. Kiedyś Warszawa była inna, teraz jest bardziej taka, jak mi się podoba, czyli różnorodna, kolorowa, tłumna. A trzecie to może właśnie to, że są tłumy. Zauważyłam, że na ulicach wieczorami jest bardzo dużo ludzi.