Nov. 26, 2025 | Krzysztof Mordyński

Jak warszawskie place budują tożsamość i atmosferę stolicy?

Warszawa jest miastem niezwykłym, którego cechy trudno opisać w prosty sposób. Przyjezdnych uderzają zazwyczaj natężenie ruchu, pośpiech i hałas, ale miejscowi wiedzą, że to tylko jedna z twarzy stolicy. Na zapleczu gmachów stojących wzdłuż głównych arterii znajdują się bowiem uliczki i placyki, na których czas zwalnia, a wszechobecna zieleń koi nerwy. W tych odmiennych światach życie koncentruje się na placach – to one w dużej mierze kreują specyficzny klimat stolicy.

Miejsca, które coś znaczą
Przez wieki place były dobrym miejscem, aby przystanąć, zapytać o dalszą drogę, uzupełnić zapasy czy załatwić ważną sprawę. Zanim place zyskały oficjalne nazwy i uregulowany kształt, były skrzyżowaniami, zbiegami traktów i poszerzeniami dróg, stawiano przy nich karczmy, kapliczki i kramy. Nadzieję na dobrą podróż i bezpieczny powrót dawała modlitwa przy figurach św. Jana Nepomucena. Część tych figur zachowała się do dzisiaj. W śródmieściu jedna stoi na obecnym placu Trzech Krzyży, a druga u wlotu Senatorskiej na obecny plac Bankowy, gdzie w XVII wieku wały oznaczały granicę miasta. 

Charakter większości placów określał żywiołowy handel, który starano się ująć w ramy zwyczajów i przepisów. Na Starym Mieście głównym placem handlowym był rynek, którego środek zajmowały kramy otaczające ratusz, a w parterach kamienic sytuowano sklepy bogatszych kupców. Śledzie i solone ryby sprzedawano na placyku pomocniczym – Szerokim Dunaju. W połowie XVIII wieku na obecnym placu Teatralnym powstało targowisko Pociejów, ale więcej miejsca na handel oferował o kilka dekad starszy targ na placu Za Żelazną Bramą. Tam sprzedaż szła bardzo dobrze, lecz chaotycznie, niehigienicznie i nieestetycznie, więc w 1841 roku miasto zdecydowało się wybudować halę targową Gościnny Dwór.

Placami stawały się także dawne dziedzińce pałacowe. Po tym, jak w 1765 roku na potrzeby Rzeczypospolitej zakupiono Pałac Krasińskich, jego dziedziniec został udostępniony publicznie i dziś służy jako plac Krasińskich. Przestrzeń ta nie przyjęła jednak trwale charakteru centrum kulturalnego, który zapowiadało wzniesienie w 1779 roku budynku Teatru Narodowego naprzeciwko pałacu. Budynek rozebrano i w połowie XIX wieku działał tu targ wełny. Rolę administracyjnego i kulturalnego centrum przejął natomiast przebudowany w latach 20. XIX wieku – po usunięciu targowiska – plac Teatralny z budynkiem teatru i ratusza miejskiego.

Pałace Komisji Skarbu, ministra oraz Giełdy i Banku Polskiego nadawały charakter utworzonemu w tym samym czasie placowi Bankowemu. Największą powierzchnię spośród placów warszawskich miał w XIX wieku dawny dziedziniec Pałacu Saskiego, który służył jako przestrzeń ceremonialna. Na co dzień niezbyt praktyczny, nieoferujący schronienia ani przed deszczem, ani żarem słonecznym, ożywał w czasie defilad, zgromadzeń i imprez.

Większość placów miała więc swoje sprofilowane przeznaczenie, tradycję, koloryt. Dopiero intensywny ruch samochodowy w II połowie XX wieku uczynił z wielu śródmiejskich placów węzły drogowe mijane przez kierowców szybko i, jeśli to tylko możliwe, bez zatrzymania, anonimowe punkty zmiany pasa i szukania właściwego skrętu.

Niemniej ci podróżni i przechodnie, którzy obecnie nie traktują śródmieścia wyłącznie w kategoriach szybkiego tranzytu, mają szansę poznać miasto przez pryzmat jego placów. Koła jadących pojazdów i kroki przechodniów zbiegają się w punktach węzłowych, na placach. Tam krzyżują się ulice, łączą i rozdzielają drogi mieszkańców, następują pożegnania i spotkania. Właśnie na placach poznanie charakteru miasta w formie wrażenia przychodzi najszybciej i mimowolnie. By przestać postrzegać miasto jako anonimowe, obce, trzeba w nim żyć – robić zakupy, chodzić do pracy, spacerować. Znaczenie miejsca określają nazwa, kształt, zabudowa, a przede wszystkim – charakter toczącego się tu życia mieszkańców.

Nazwa
Plac musi mieć nazwę, imię. Niekoniecznie oficjalną. Te nieoficjalne zazwyczaj lepiej określają tożsamość miejsca. Jeśli nazwa placu odwołuje się do jego historii, to przekazywanie tradycji odbywa się niejako bezwiednie. Nazwy placów Zamkowego, Teatralnego czy Politechniki odnoszą się do historycznych obiektów: Zamku Królewskiego, Teatru Wielkiego i Gmachu Głównego Politechniki. Budynki te znajdują się na swych miejscach i oddziaływałyby na miasto i mieszkańców nawet bez uhonorowania ich w nazwie placu.

Inaczej jest jednak z placami Bankowym, Na Rozdrożu czy Konstytucji. Można je traktować jako dowolne imię nadane konkretnemu miejscu, ale jeśli u kogoś pojawia się refleksja, gdzie jest wzmiankowany bank, dokąd prowadziły drogi z rozdroża i o którą konstytucję chodzi, wówczas rozpoczyna się oddolny proces badania historii. Może prowadzić w różnych kierunkach, na przykład do dawnego budynku Giełdy i Banku Polskiego na rogu ulicy Elektoralnej, który nie pełni już swej dawnej funkcji, upamiętnionej w nazwie placu. Do odczytania ze starych planów miasta innej hierarchii ulic, lepiej tłumaczących nazwę rozdroża. Do poznania dziejów Marszałkowskiej Dzielnicy Mieszkaniowej, której pierwszą część otwarto w dniu uchwalenia Konstytucji PRL w 1952 roku.

We wszystkich wypadkach miasto zyskuje czwarty wymiar – czasu. Tę lekcję na wyższy jeszcze poziom wynosi liczenie narożników na placu Pięciu Rogów, poszukiwanie krzyży na placu Trzech Krzyży czy grzybów na placu Grzybowskim. Jeśli wiedziony ciekawością śmiałek choćby pobieżnie przeczyta historyczne wyjaśnienie tych nazw, do jego świadomości dojdzie immanentna cecha Warszawy, miasta zmieniającego się w czasie, nie tyle sukcesywnie rosnącego i rozwijającego się, co przechodzącego załamania i zagłady, ale ponownie odżywającego, przebudowywanego, modelowanego na nowo. Rzadko jednak te zmiany, choćby ogromne, zacierają wszelkie ślady po dawnym układzie miasta i jego życiu. Pozostają one, może drobne i dla kolejnych pokoleń słabo czytelne, ale przedstawiające głębię czasów i ludzkich historii. Nawet żydowskie getto z okresu wojny, którego zabudowa w całości uległa planowej zagładzie przeprowadzonej przez niemieckich okupantów, istnieje jako wspomnienie w nazwach dawnych ulic, a pamięć o nim i tragicznym losie jego mieszkańców podtrzymują pomniki i zaznaczone na chodnikach granice murów.

Interesującą formą upamiętnienia dawnego miasta jest też całkiem nowa aranżacja placu Centralnego, w którego podłodze umieszczono zarysy dawnych ulic i kamienic. Elementy te są zauważalne, intrygują, domagają się od przechodnia wyjaśnienia zagadki swojej formy, a jednocześnie nie dominują na placu, nie wyłączają jego innego używania, nie zakazują ani zabaw, ani relaksu, ani obecności ulicznych grajków czy sprzedaży waty cukrowej. Spacerujący po placu przechodnie mogą korzystać z ławek, oczka wodnego, a jednocześnie stąpać po trawie bosymi stopami, jeśli mają na to ochotę. Gdy zauważą, że trawniki mają nietypowe kształty (podwórek dawnych kamienic) i sprawdzą tabliczkę z wyjaśnieniem i nazwą ulic Wielkiej, dawnego biegu Złotej i Zielnej, wówczas historia tego miejsca przyjdzie do nich naturalnie, jako obecne w wymiarze pamięci dziedzictwo. Wspomnienia zapisane w nazwach znajdują rozwinięcie w śladach materialnych, w kształtach placów.

Kształt
Na placu krzyżują się drogi biegnące w różnych kierunkach. Wyloty ulic przecinają ściany zabudowy, tworząc formy od wąskich szczelin po szerokie lejki. Każdy układ dróg warunkuje kształt placu, stanowi jego unikalną sygnaturę pozwalającą użytkownikom miasta szybko zidentyfikować miejsce, w którym się znajdują.

Niepowtarzalny, skomplikowany kształt mają place Trzech Krzyży, Pięciu Rogów i Grzybowski. Wychodzące z nich ulice tworzą nieregularny układ i wydawać się może, że oferują podróż we wszystkich kierunkach świata. Nie wynika to jednak z zamysłu projektantów. Place łączył niegdyś jeden trakt, zachowany tylko częściowo, który prowadził dzisiejszymi ulicami Bracką, Zgoda i Bagno. To także specyfika Warszawy – historia tak dawna, że dziś może wydawać się baśnią, wpływa na obecny wygląd placów, dziejów miasta nie sposób zatrzeć. Średniowieczny trakt omijał Stare Miasto szerokim łukiem – odbijając od Wisły na zachód, docierał do jurydyki Grzybów. Droga ta została przerwana już pod koniec XVIII wieku między obecnymi ulicami Sienkiewicza a Marszałkowską, a zaledwie dekadę temu jej wschodni odcinek przeciął brutalnie nowy dom handlowy.

Wszystkie trzy wspomniane place były węzłami komunikacyjnymi, plac Pięciu Rogów służył po prostu jako rozjazd. Zaważyło to na ich ciekawym kształcie. Te place są nieco zagadkowe, gdyż wędrówka po nich pozwala odkryć trudne do zauważenia części albo przyległości czy niespodziewanie otwierające się dalsze perspektywy. O ile na środku placu Trzech Krzyży dominują mury i schody kościoła, to w jego zakamarkach kryją się restauracje, miejsce odwiedzane przez deskorolkowców przy pomniku Wincentego Witosa czy nieoczywiste przejścia w stronę parku na skarpie. Dla odmiany wnętrze placu Grzybowskiego zaskakuje ciekawie zaprojektowanym oczkiem wodnym, w bruku przy wschodniej pierzei nieoczekiwanie pojawiają się przedwojenne szyny tramwajowe (podobnie zresztą jak na placu Trzech Krzyży), a ulica Próżna pozwala się przenieść w wyobraźni do końca XIX wieku.

Rondo, niby nie plac, a jednak…
W krajobrazie ścisłego centrum Warszawy dominują jednak ronda, które – choć oficjalnie nie są placami, tylko rodzajem skrzyżowań – mają z placami wiele wspólnego. Tworzą wyraźną przerwę w zabudowie, wokół nich koncentruje się życie, punkty przesiadek, handel i gastronomia, często przylegają do nich szerokie chodniki charakterystyczne dla placów. Ronda Dmowskiego, de Gaulle’a i ONZ to jakby centralne warszawskie place. Dla przyjezdnych kontakt z nimi to nierzadko jedno z pierwszych i silniejszych przeżyć określających stolicę. Dla wielu warszawiaków to codzienna droga, walka z czasem, zbieganie i wspinanie się pod schodach przejścia podziemnego, nawigacja w tłumie, unikanie roznosicieli ulotek, wyprzedzanie ospałych turystów. Spektakl ten rozgrywa się „na Patelni”, „pod Rotundą”, „przy Empiku” lub „na rondzie z palmą”. Zawsze jednak umawiający się na spotkanie mają na myśli jakiś punkt na obrzeżu, gdyż ronda różnią się od placów specyficzną budową. Wokół centralnej wyspy, na którą nie ma wstępu, która jest dla wielu niedostępną białą plamą na mentalnej mapie miasta, wiruje ruch pojazdów, a piesi poruszają się po zewnętrznym kręgu lub w podziemiach. 

Choć wokół wspomnianych rond znajdują się budynki, nie zamykają one przestrzeni, nie wyznaczają czytelnych granic. Wolna przestrzeń rozlewa się chaotycznie, wymijając niejako mniejsze lub większe gabaryty budowli. Jedynym stałym punktem tej struktury pozostaje owa centralna wyspa – niedostępna i nijaka. To już nie mentalna biała plama, ale raczej czarna dziura wysysająca tożsamość z miasta, przyciągająca tysiące pojazdów, spaliny, hałas, wywołująca nerwowe zachowanie kierowców. W tych miejscach nerwowy puls miasta wyraźnie wzrasta. Wielkie ronda w centrum tworzą dość chaotyczny i głośny spektakl wirujących pojazdów, groźny i nieprzyjemny dla przyjezdnych, a spowszedniały i nieco nużący dla mieszkańców. U wielu ten obraz powoduje wrażenie, że Warszawa jest miastem bez wyrazu, że leży na poboczu swoich wielkich arterii, rond i placów. Inni dostrzegają w tym wartki nurt życia stolicy, jej wielkomiejski sznyt. A przecież wystarczy tylko kilka chwil, by dostać się do placów, które mają zupełnie inny charakter.

Granice placu
Granice placu miejskiego są najczęściej zabudowane. Domy mieszkalne nierzadko stoją jeden przy drugim, tworząc zamknięte pierzeje, natomiast większe gmachy samodzielnie organizują jeden z boków placu. Plac może też kończyć się przestrzenią niezabudowaną, otwartą. Od zwartości, układu i proporcji zabudowy zależy odczucie przebywania w danym wnętrzu miejskim. Małe zamknięte place są kameralne i bliskie przechodniowi, na większych zazwyczaj dominuje ruch uliczny, place półotwarte – bez jednej lub kilku pierzei – oferują dalekie widoki, większe nasłonecznienie i przewietrzenie.

Rynek Starego Miasta swą zamkniętą prostokątną formą, wąskimi wylotami ulic na narożach przynosi wrażenie odległych czasów. Patrząc na fasady kamienic dekorowane podobiznami dawnych mieszkańców, przedmiotów pracy i codziennego użytku, łatwo poczuć, że przebywa się w miejscu, które swą metryką sięga samych początków Warszawy. Nie w każdym mieście jest to takie proste, a wyobrażenia takie plastyczne, gdyż rynek warszawski ma szczególne dzieje. W wielu innych miastach średniowieczne rynki pozostały współczesnymi centrami, urosły razem z miastem, zostały przebudowane i zmodernizowane. W Warszawie było inaczej.

Na początku XIX wieku centrum życia miasta przeniosło się w inne miejsca: na place Teatralny i Bankowy, Krakowskie Przedmieście i Nowy Świat, a potem na Marszałkowską. Rynek Starego Miasta pozostał na uboczu, zamarł i niemalże zahibernował się w swojej historycznej postaci, niszczał. Przedwojenne próby przywrócenia mu reprezentacyjnego wyglądu stanowiły preludium tego, czego dokonano po II wojnie światowej po prawie całkowitej zagładzie Starego Miasta. I chociaż kamienice wzniesione w latach 50. XX wieku nie zawsze wiernie odwołują się do historycznej postaci, szczególne w sferze dekoracji, to sam rynek wywołuje wrażenie dawności. Dzieje się tak dlatego, że nasze odczucie orientacji przestrzennej identyfikuje gotycki plan, zamknięty i prostokątny kształt, wysokie oraz wąskie wąwozy ulic w narożach z przeszłością.

Ta zamknięta forma buduje wrażenie kameralności, które starają się wspomóc liczne ogródki kawiarni i restauracji goszczące na placu w sezonie wiosenno-jesiennym, a w okresie zimowym lodowisko otoczone stoiskami z zakąskami. Rynek Starego Miasta jednak ze względu na peryferyjne położenie w stosunku do szlaków komunikacyjnych i tłumne odwiedzanie go przez turystów nie do końca należy do warszawskiej codzienności. W pewnym sensie warszawiacy sami przychodzą na niego jako turyści: z okazji niedzielnej przechadzki, zwiedzania nowej wystawy w muzeum, wydarzenia kulturalnego na Starym lub Nowym Mieście.

Kawiarniane życie zabieganej Warszawy toczy się gdzie indziej. Nierzadko ze stolikami tuż przy samej ulicy. Tak jest na kameralnym, okrągłym placu Zbawiciela, zwanym Zbawixem. Można pić kawę, korzystając z miejsc na szerokim chodniku blisko przejeżdżających aut. Niektórzy docenią urok przesiadywania pod osłoną eleganckiego portyku z toskańską kolumnadą, gdzie można poczuć się trochę jak na jednym z rzymskich placów. Czarem tego miejsca są wznoszące się przy placu strzeliste wieże kościoła Najświętszego Zbawiciela, niepowtarzalne w swej renesansowo-barokowo-gotyckiej eklektycznej szacie architektonicznej. Elementem składowym tutejszego klimatu jest także typowo miejski huk przejeżdżających tramwajów, stoiska kwiaciarek i stada gołębi.

Co ciekawe, nie taką samą, ale podobną atmosferę można spotkać na większych placach, jak choćby Konstytucji czy Bankowym. Szerokie chodniki i podcienia zajmowane są przez roje spragnionych rozmów i atrakcji kulinarnych mieszkańców. Od czasu oddania placu Pięciu Rogów pieszym ruch na ulicy Chłodnej wyraźnie wzrósł, przez plac przewijają się tysiące spacerowiczów. Tylko dla niewielkiej części starcza miejsca w pobliskich barach, kawiarniach i restauracjach. Na tym przykładzie widać, jak skasowanie bariery komunikacyjnej – wcześniej plac był nieprzyjemnym i niebezpiecznym rozjazdem drogowym – umożliwia utworzenie spacerowych, kameralnych części miasta. Plac był punktem, który tamował połączenie Nowego Światu z pasażem Wiecha, dziś jest spoiwem scalającym rozbitą do tej pory ulicę Chłodną.

W ten sposób dopiero 80 lat po wojnie realizuje się główna idea planu urbanistycznego nakreślona już w 1945 roku przez Macieja Nowickiego, aby w kwartałach zakreślonych przez ruchliwe arterie znajdowały się przestrzenie z dominującym ruchem pieszym: aleje, place, skwery. Dziś w Warszawie to wszystko jest bardziej wymieszane: hałas komunikacji, przemykający obok przechodnie, migające światła neonów są częścią tego wielkomiejskiego rytuału i ma on swój urok.

Czy można w takiej atmosferze zgiełku zaprojektować sanktuarium powagi i pamięci dla Grobu Nieznanego Żołnierza? Wydawałoby się, że takie miejsce potrzebuje jakiejś strefy ciszy, że sprzyjałoby mu odosobnienie. Plac Piłsudskiego, na którym usytuowano ten specyficzny pomnik, znajduje się co prawda w ścisłym śródmieściu i z trzech stron otacza go intensywny ruch kołowy, a jednak specyficzna aranżacja placu wspomagała wejście w stan skupienia. 

Po wojnie nie odbudowano dominującego na placu Pałacu Saskiego ani budynków południowej i północnej pierzei. Pozostałe gmachy stojące wokół są usytuowane tak daleko od siebie, że tworzą odległą ramę, niedającą schronienia, pozostające poza zasięgiem pierzeje ledwie kreślą granice. Przechodzień na placu pozostaje osamotniony między płaską, rozległą płytą a gołym, rozległym niebem. W mieście taka sytuacja powoduje poczucie niepokoju, co wzmacnia przesłanie Grobu Nieznanego Żołnierza (obecnie namioty i płot chroniący wykopaliska zaburzają ten efekt). Zauważalną granicą placu była tylko ściana zielni ogrodu Saskiego. Na jej tle arkady Grobu robią wrażenie drobnej ażurowej konstrukcji. Zaaranżowana w 1946 roku przez Zygmunta Stępińskiego w trwałą ruinę z potrzaskanymi trzonami kolumn wywiera dramatyczne wrażenie i ma silnie antywojenną wymowę, adekwatną do historii stolicy Polski. Nie stara się gloryfikować wojennych zmagań, ale wskazać na tragizm wojny, jej cenę i chwałę poświęcenia. Takim właśnie dojrzałym przesłaniem wybrzmiewa pustka placu.

Ponad dachami samochodów
Sposób zagospodarowania wnętrza warunkuje przydatność placu do tych czy innych czynności, które mieszkańcy nanoszą na swoją mentalną mapę miasta. Czy jest to zielony skwer, targ, odwiedzany na co dzień ciąg handlowy, grupa luksusowych salonów sprzedaży, a może parking lub przestrzeń wydarzeń kulturalnych? Jeśli zagospodarowanie placu nie trafia w potrzeby danego mieszkańca, najczęściej odbierane jest jako biała plama na mapie. Potrzeby mieszkańców są jednocześnie bardzo różne, ich mapy nie pokrywają się ściśle.

Do niedawna wiele placów służyło jako parkingi. Parkowanie w latach 60. na środku Rynku Starego Miasta było odbierane zupełnie inaczej niż dziś. Wówczas był to dowód na życie miasta, na powracającą stopniowo normalność, a nawet nadzieja na wzrost stopy życiowej. Wtedy jednak samochodów było niewiele, a ich prywatne posiadanie było luksusem. Taki luksusowy przedmiot, wystawiony na pokaz, specjalnie nie raził, ale też nie wadził. Wprowadzał ducha wielkomiejskości.

Skokowe zwiększenie liczby samochodów, szczególnie w latach 80. i 90., doprowadziło do sytuacji, gdy nie tylko place, lecz także wszystkie chodniki, a nawet trawniki zaczęły służyć jak miejsca do parkowania. Przy tym mentalnie część społeczeństwa pozostała w latach 60., gdy auto było niemalże przedmiotem kultu, a wszystkie potrzeby miasta powinny się podporządkować funkcjom ruchu i parkowania. To w ostatnich dwóch dekadach XX wieku utrwalił się widok stale wypełnionego parkingu przy placu Teatralnym (miał służyć widzom spektakli), Konstytucji (miał służyć do pochodów i zabaw), Powstańców Warszawy, widok obstawionych pojazdami wysp na placu Trzech Krzyży, pojazdów napierających na Gmach Główny Politechniki czy oblegających place Zbawiciela oraz Unii Lubelskiej. 

Taki stan rzeczy nadał stolicy specyficzny wyraz miasta widzianego ponad dachem samochodu. Gdziekolwiek się szło, w którąkolwiek stronę się patrzyło, zawsze na pierwszym planie znajdowała się chaotyczna grupa aut, wielokolorowa ciżba zaparkowana „na wcisk”. Ta cecha uwidaczniała się przede wszystkim w chwili, gdy ktoś chciał zrobić zdjęcie: w każdym kadrze za fotografowaną osobą na drugim planie znajdowały się auta, miasta nie było na nim wiele widać, może jako dalekie tło.

Do dziś, mimo diametralnej zmiany organizacji komunikacji i miejsc postojowych, pozostały relikty tamtego stanu. Parkingi przed Teatrem Wielkim i na placu Konstytucji trwają w najlepsze, podobnie na dziedzińcu honorowym Uniwersytetu Warszawskiego, który pełni funkcję wewnętrznego placu uczelni – ale przede wszystkim leży na osi widokowej od bramy, przez którą zaglądają spacerowicze z Krakowskiego Przedmieścia – zawsze stoją tam zaparkowane samochody. Cieszy fakt, że niedługo ma to ulec zmianie. Uniwersytecki dziedziniec może stać się nowym, a raczej odnowionym – istnieje tu od ponad dwustu lat – placem w otoczeniu kampusu. Nie będzie to zresztą jedyny zielony plac. Niegdyś taką właśnie nazwę nosił plac Jana Henryka Dąbrowskiego, który do dzisiaj ma urok spokojnego skweru z fontanną. Podobnym miejscem oferującym wytchnienie jest Aleja Wyzwolenia, planowana jako podłużny plac, skwer z fontannami, urozmaicający Marszałkowską Dzielnicę Mieszkaniową.

Dalekie widoki
Place dają oddech miastu. Większe odległości między ścianami zabudowy pozwalają spojrzeć dalej. Ponad dachami najbliższych budynków wznoszą się górne partie wieżowców. Ich największe zgrupowanie znajduje się w zachodniej części śródmieścia, a wieżowców stale przybywa.

Wysokie budynki w dalekim widoku nakładają się na siebie, tylko Pałac Kultury i Nauki odcina się kamienną elewacją od szklano-metalowych wieżowców różnych wysokości i kształtów stojących na zachód od ulicy Emilii Plater. Przy placu Centralnym (niegdyś Defilad) trzeba zadzierać głowę, aby przyjrzeć się całemu Pałacowi, jego sylwetka góruje także nad położonym nieopodal zacisznym placem Dąbrowskiego, górne partie radzieckiego wysokościowca patronują socrealistycznemu placowi Konstytucji, a z odległego o półtora kilometra placu Bankowego można odczytać godzinę na zegarze na szczycie.

Bryła Pałacu i zarys grupy nowszych wieżowców są widoczne z wielu miejsc w Warszawie, stanowiąc wspólne tło, mniej lub bardziej odległą dekorację, która towarzyszy mieszkańcom w różnych dzielnicach miasta. Dla wielu jest to element czysto wizualny, a jednak stale obecny. Prawie na każdym śródmiejskim placu znajdziemy miejsce, z którego widać Pałac, jeden z wieżowców lub całe ich zgrupowanie – oznakę wielkomiejskości Warszawy.

Warszawskie place poprzez swe zróżnicowane formy, odmienne tętno życia oraz rozmaitość potrzeb i aktywności podejmowanych przez mieszkańców określają złożony charakter stolicy. To miasto zaskakuje wieloma twarzami. Nie wszystkie są łatwe do pokochania, ale z pewnością miłośnicy wielkomiejskości odnajdą w Warszawie swoje urokliwe miejsca. Place wraz z łączącymi je drogami oferują pełen zestaw doznań zabieganej stolicy. Na to widowisko składają się intensywny ruch pojazdów i zatłoczone chodniki. Tramwaje najbardziej hałasują na placu Zbawiciela, kierowcy najbardziej zawzięcie trąbią na rondzie Dmowskiego, plac Konstytucji wieczorem tonie w nastrojowych ciemnościach, które tylko trochę rozświetlają kandelabry, ale za to pięknie wyglądają w niej różnokolorowe rozbłyski neonów i samochodowych świateł. Rynek Starego Miasta oferuje koktajl zapachów z kuchni rożnych stron świata, nieco gorzej to wypada w nie zawsze doczyszczonych arkadach na rogu placu Bankowego i Elektoralnej. Na placu Dąbrowskiego można złapać oddech i uspokoić się. Pobliski plac Małachowskiego, choć także przeważa na nim zieleń, powoduje raczej odczucie zagubienia niż spokoju, podczas gdy na placach Powstańców i Piłsudskiego od kilku lat trwają prace. Nie wiadomo, kiedy i jak się skończą. Jako mieszkaniec tego miasta widzę w tym zbiorze kwintesencję Warszawy – nieprzewidywalnej, gorączkowej, tajemniczej, niepozwalającej zapomnieć o swojej historii.

Tekst: Krzysztof Mordyński